Tam gdzie Dom Perignon umawia się na randkę z Duvel

IMAG0869 (Large)Champagne, jedno z bardziej rozpoznawalnych win świata, oryginalnie produkowane jest tylko Szampanii, we Francji. Po ustaniu pierwotnej fermentacji wino jest butelkowane, z dodatkiem drożdży oraz cukru, gdzie fermentuje ponownie, leżakując nawet przez kilka lat. W tym czasie uzyskuje swój charakterystyczny profil smakowy oraz w naturalny sposób nagazowuje się. Nieodłącznym elementem produkcji „szampana” jest remuage – czyli przewracanie od czasu do czasu leżakujących butelek w taki sposób, aby drożdże osiadły w szyjce butelki (by potem móc je łatwo usunąć)

Producenci piwa wymyślając coraz to inne sposoby na wyciągnięcie pieniędzy z portfela coraz to bardziej wyrafinowanych klientów, sięgnęli w końcu i po ten pomysł. Deus Brut des Flandres  to piwo belgijskie uwarzone w stylu Belgian Strong Ale, które następne przewożone jest w okolice Épernay w Szampanii, gdzie przez dziewięć miesięcy dojrzewa w francuskich piwnicach, będąc przewracane, zupełnie jak jego odpowiednik tyle, że z winogron.  To wystarczy, aby trafić na wishlistę niejednego piwosza.IMAG0877 (Large)

Sam proces produkcji piwa, podzielony na poszczególne etapy jest ładnie przedstawiony na załączonej do piwa ulotce.

 

 

Deus Brut des Flandres

Piana: Śnieżnobiała, bujna, drobna, obficie osadzająca się na ściankach.

Barwa: Cytrynowy/jasnozłoty, klarowny .

IMAG0884 (Large)IMAG0885 (Large)IMAG0888 (Large)

Zapach: Subtelne jabłko i zielone winogrona, odrobina banana i drożdży. Alkohol tak wkomponowany w bukiet, że momentami całkowicie chowa się za zasłoną aromatów(jeśli go „poszukamy” nosem, to jest oczywiście dość intensywny).

Smak: Duże wysycenie, jednak bąbelki są bardzo delikatnie i nie szczypią w język. Zachwyca połączenie jabłka/winogrona z charakterystycznym słodowo-przyprawowym aromatem belgijskiego Strong Ale. Przyjemny alkoholowo – jabłkowy finish i aftertaste, wzmocniony dodatkowo posmakiem drożdży.

IMAG0878 (Large)IMAG0882 (Large)IMAG0891 (Large)

Ogólna zajebistość aka pijalność: Smaki i aromaty bezustannie konkurują ze sobą o uwagę kubków smakowych, przez co piwo nie nudzi się i cieszy od początku do końca.

Przy okazji, nie bije tak po kieszeni jak zakup oryginalnego wina z Szampanii, więc „oblewaniu okazji” nie będą towarzyszyły egzystencjalne myśli w stylu „jak tu dożyć do końca miesiąca” 😉

Królewski koncerniak. Leffe Royale.

Wyedukowały nas reklamy, że piwo to napój, którego produkcja wymaga od browarnika wiedzy, cierpliwości i czasu. Nadmierne epatowanie określeniem „tradycyjny” w połączeniu z „receptura” zakotwiczyły w naszej głowie przeświadczenie że i rys historyczny również piwu raczej nie szkodzi.

Nie ma chyba myśli milszej dla wyobraźni piwosza, niż taki obrazek: grupa maniaków odcina się od świata, po to by dnie spędzać na modlitwie i… warzeniu piwa. How sweet.  Powstaje popyt, więc rodzi się i podaż. Stąd, tam gdzie jeszcze jacyś mnisi się uchowali, tam już dawno zapukały browary po licencję na używanie nazwy opactwa. Ile jednak można było znaleźć takich miejsc w XX i XXI wieku? Względnie niewiele.

Dlatego wkrótce rozpoczęły się poszukiwania ruin, o których wiadomo było, że wieki temu były to tereny klasztorne.  Zapewne też wychodziło to koncernom taniej, bo przecież ruiny nie żądają tantiem od używania jakiejś nazwy w celach marketingowych, w przeciwieństwie do obrotnych mnichów ;). Kiedy skończyły się i ruiny, zaczęto grzebać w kronikach, rocznikach i innych źródłach historycznych, w poszukiwaniu zapisków o istniejących w przeszłości opactwach. W efekcie piwa klasztorne ma nawet w swojej ofercie Heineken. Nie inaczej jest w przypadku Leffe, gdzie markę sygnuje potentat w postaci belgijsko-brazylijskiej kompanii piwowarskiej Anheuser–Busch InBev.

Leffe RoyaleLeffe RoyaleLeffe Royale

Sam klasztor, do którego historii nawiązuje piwo Leffe, był na przestrzeni wieków niszczony przez powódź, ogień, stacjonujące/walczące w okolicy klasztoru wojska, rewolucję francuską, a także pierwszą i drugą wojnę światową, gdzie kadzie do produkcji piwa były rekwirowane i przetapiane na armaty/amunicje do nich tychże.  Od czasu Rewolucji Francuskiej nie warzono w klasztorze piwa. Mnisi, którzy powrócili do klasztoru na początku dwudziestego wieku, by po pięćdziesięciu latach wpaść na pomysł sprzedaży licencji na produkcję piwa (sygnowanego nazwą klasztoru), małemu browarowi. A dalej było tak jak w piwnej bajce:  mały browar został wykupiony przez większy.

Obecnie wszystkie piwa marki Leffe produkowane są w browarze Stella Artois w Leuven.

Leffe Royale

Piana: Śnieżnobiała, dość obfita, średnio-pęcherzykowata piana. W miarę trwała, opadając osadza się na ściankach kufla. Potrzeba długiej chwili, by niestety niemal całkowicie zanikła.

Barwa: Klarowne złoto.

Zapach: Drożdże, słód i alkohol.  Na szczęście jest coś jeszcze, co często określane jest aromatem „przyprawowym”. Ten tutaj kojarzy mi się konkretnie z korzennym zapachem piernika / cynamonu, ale niestety to najbardziej ulotna część bukietu tego „królewskiego” Leffe.

Leffe RoyaleLeffe RoyaleLeffe Royale

Smak: Trochę nachalne, słodkie nuty alkoholowe, które szczególnie dominują aftertaste. Ten z kolei utrzymuje się dość długo, ale nie można o nim powiedzieć, że „zalega” na języku/podniebieniu. Niskie wysycenie. Oprócz słodu także nuty chlebowe (lekko przypalony tost). Lekka goryczka, ale kubki smakowe upierają się, że u jej źródła leżą drożdże, a nie chmiel (mimo, że piwo jest dość  klarowne i odfiltrowane z gęstwy drożdżowej, to całość nasuwa właśnie takie skojarzenia).

Ogólna zajebistość aka pijalność: Gdyby alkohol nie bił tak po nosie, i nie zostawał na podniebieniu, piwko byłoby nawet pijalne. Leffe Royale niczym mnie jednak nie urzekło, ani nie zachwyciło. Znacznie lepiej wypada braciszek(siostrzyczka?) Blonde, które zamiast „Strong” jest „Pale”.  Można śmiało odpuścić.