Kmicic poszedł na L4. Primator Stout.

Primator Stout oraz Master Tmavy

Primator Stout oraz Master Tmavy

Mam skłonność do bycia Sienkiewiczem. To co wychodzi mi spod klawiaturowego pióra, jest często (w moim mniemaniu)  zgrabnie zaplanowane jako kompozycja „większego czegoś”. Więc na początku były sobie dywagacje na temat Smaków Wakacji gdzie bardzo zręcznie (w moim mniemaniu) wplotłem wątek czeski, by następnie, w następnym przydługim poście go rozwinąć i w końcu, spuentować w trzeciej części trylogii, gdzie pojedynkować się będą Master Tmavy z Primator Stoutem, niczym Wołodyjowski z Kmicicem.

W porę jednak (w moim mniemaniu) zmiarkowałem, że pisząc trzecią część zupełnie bez polotu (bo wypada po pierwszej i drugiej; jestem już tematem zmęczony, a poza tym to obiecałem blabla…) skrzywdziłbym jedynie siebie i ewentualnie paru swoich znajomych, którzy klikają i czytają moje wypociny 😉 Odłożyłem więc napisanie mojego „Pana Wołodyjowskiego” na później.

Jednak jako człowiek słowny i konsekwentny, nie mogę tak po prostu zapomnieć o sprawie. Sami wiecie, chcę mieć to z głowy. By uniknąć Waszego zawodu, na wstępie powiem, że w mojej opowieści Kmicic poszedł na L4. Nie będzie go. Master Tmavy jest piwem poprawnym, może trochę zbyt wysyconym jak na mój gust, ale pomijając kilka uwag odnośnie zapachu, szkoda o nim pisać.

Primator Stout.

Piana:  Po nalaniu bardzo drobna, potem mniejsze pęcherze tworzą większe. Warstwa piany powoli opada tworząc cieniutką warstewkę i gdzieniegdzie wysepki piany. Kolor beżowy przechodzący w brąz.

Barwa: Czarny, nieprzejrzysty.

Prmiator Stout

Prmiator Stout

Zapach:  Palony słód, trochę owsianki, smażony, przypalony ziemniak. Da się wyczuć alkohol, ale nie bije on po nosie.

Smak: Lekka kwaskowatość bocka i dość ostra, chmielowo-zbożowa i przyjemna gorycz na finiszu. Wysycenie: nie za dużo, nie za mało. Idealnie. Początkowo bardzo wytrawny, wraz z upływem „łyków” – a najprawdopodobniej wraz z ulatniającym się gazem i „temperaturą”, bardziej łagodny, mleczny, kremowy.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Ze względu na smak oraz after taste nasuwa skojarzenia z bardzo przyzwoitym Barney Flats, z Anderson Valley Brewing Company. Primator Stout to pijalne sesyjne piwo, kosztujące 19,90CZK w Kauflandzie w Czeskim Cieszynie.

Reklamy

Tescowe piwa regionalne.

Czasami nie można przejść obojętnie. Człowiekowi, który nagle przewróci się na chodniku i nie będzie dawał znaków życia spróbujesz pomóc. Widząc dręczone zwierzę, zareagujesz.  Nie przejdziesz także obojętnie wobec piwa z etykietą „Piwo rzemieślnicze” stojące na półce „małego” Tesco. Jestem usprawiedliwiony. Zareagowałem na wewnętrzne wołanie. Wziąłem po jednej sztuce z każdego rodzaju. Po przyjściu do domu spojrzałem dokładniej na etykietę: browar Sulimar.Rebel Lager

Nie wiem czy kiedykolwiek zwróciliście uwagę, na to, że niektóre „jabole” takie jak np. kultowa Pokusa nie mają nigdzie nalepionej banderoli. Czyżby to producent Pokusy wypracował jakieś specjalne względy w ministerstwie, co by tej banderoli naklejać nie musiał (i mógł sprzedawać swoje Chateau de Jabol nieco taniej?). Nic z tych rzeczy. Prawo polskie dokładnie określa na co ma trafić banderola, a na co nie. Wyjątkiem od nienalepiania banderoli, jeśli chodzi o napoje alkoholowe jest chyba tylko piwo produkowane ze słodu. Każdy, najcieńszy nawet napój spirytusowy musi mieć banderole (mixy takie jak Breezery i Sobieski mają banderolę). Zanim jednak zapytam Was czy piliście kiedyś napój na bazie piwa/brzeczki o nazwie „Pokusa”,  rozprawie się szybciutko z pewnym piwnym mitem: mówi się, że niektórzy producenci dolewają do swoich piw spirytusu. Oczywiście wiązałoby się to z obowiązkiem nalepienia banderoli. Czy widzieliście kiedyś piwo z nalepioną banderolą? Nie? Więc tak jak obiecałem: szybciutko.

Bez dwóch zdań, browar Sulimar jest fantastyczny. W swojej ofercie ma coś na każdy gust i każde podniebienie. Znajdziemy tu jabole (technicznie: aromatyzowane, mocne piwa) w różnych smakach, w tym kultowa Pokuse; sikacze aka ‚asortyment biedronkowy’ w stylu Kiper Mocny, Beczkowe, Polarne, etc,  a także Porter, Piwo Miodowe i Pszeniczne oraz smakowe takie jak Grejpfrut, Banan, Cytryna, sprzedawane pod marką Cornelius. Brakowało w ofercie jedynie jakiegoś „aspirującego” Lagera albo Pilsa. Takiego wiecie : „ą – ę”. No i się doczekaliśmy. Oto nasi czterej wspaniali Rebelianci – cztery piwa dolnej fermentacji w różnej szacie smakowej:

  • Lager Miodowy
  • Lager Dunkel
  • Vienna Lager
  • Bohemia Pilsner

Osom. No to po kolei.

Rebel Lager Dunkel

Piana: Kremowa, drobnopęcherzykowata. Dość szybko opada, do około 0,5cm

Barwa: Miedziany, ciemny brąz. Klarowne.

Zapach: Palony cukier, przyjemny, lecz mało intensywny. rozbroiła mnie informacja na etykiecie: „przyjemne nuty tostowe”. Chyba zaraz sobie zrobie, takiego z serem. Niestety zamiast tostów jest mokry karton, oznaka utlenienia. Znikome wysycenie.

Smak: Nieznośny, dziwnie słodki. Płaski, od samego początku po sam koniec. Gorycz, jeśli wyczuwalna, to zupełnie nie komponuje się ze słodem

Ogólna zajebistość aka pijalność: For fuck’s sake jakoś zmęczyłem ten jeden kufel. Nevermore.

Rebel Lager

Rebel Dunkel

Rebel Lager

Rebel Dunkel

Rebel Lager

Rebel Miodowy

Rebel Lager

Rebel Miodowy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rebel Lager Miodowy

Piana: Szybko opada do zera.

Barwa: Klarowny, słomkowy.

Zapach: Delikatnie wyczuwalny zapach miodu. A może zasugerowałem się etykietą?

Smak: Amerykanie produkują takie piwa. Gatunek nazywa się: Ice Lager. Ponieważ z założenia ma smakować jak największej grupie odbiorców, w efekcie jest praktycznie bez smaku. Właściwie to mógłbym na tym zakończyć, ale dodam jeszcze, że jest mniej idiotycznie słodkie od swojego brata Dunkela. Miód jest tak dobrze skomponowany z resztą bukietu, że aż w tej harmonii niewyczuwalny, podobnie zresztą jak reszta… bukietu smaków i aromatów. Jeśli miałbym założyć się o to ile to piwo „ma procent” to bym zakład prawie na pewno przegrał (okazuje się, że jest 6%). Alkohol jest niewyczuwalny.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Dobrze gasi pragnienie. Aczkolwiek w upalny dzień mając jeszcze do wyboru takie cymesy jak Redds albo Somersby czy Shandy, miodowy Lager z browaru Sulimar stanąłby w kolejce na samym końcu.

Rebel Vienna Lager

Piana:  drobnopęcherzykowata

Barwa: klarowne, bursztynowe

Zapach: Lekko słodowy. Nie wyczuwam jednak utlenienia.

Smak: Jeśli chcielibyście spróbować jak może smakować Vienna Lager to zapraszam do degustacji Pinta – Odsiecz Wiedeńska. A nawet proponuje udać się do lokalnego, bielskiego Bierhalle (Browar Bielitzer) gdzie czasem dostępny jest właśnie Vienna Lager. O niebo lepszy.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Piwo nie razi specjalnie niczym, prócz swoją nijakością.

Rebel Lager

Bohemia Pilsner

Rebel Lager

Bohemia Pilsner

Rebel Lager

Vienna Lager

Rebel Lager

Vienna Lager

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rebel Bohemia Pilsner

Piana: drobno-średniopęcherzykowata, szybko opadająca.

Barwa: żółte, klarowne.

Zapach: Charakterystyczny słód pilzneński. Uff. Może trochę Diacetylu.

Smak: Znowu niczym niezbalansowanie słody, ani cienia goryczki. Diacetyl.

Ogólna zajebistość aka pijalność:  No thanks.

Jeśli istnieje piekło (mało prawdopodobne) i do niego trafię (pewne) to będzie ona knajpą z niekończącą się ladą, gdzie w około metrowych odstępach stały będą kraniki z Rebel Lagerami.

Piwo z doliny rzeki Senne.

Metoda produkcji piwa Lambic jest jednocześnie jedną z najstarszych znanych nam metod wytwarzania piwa w ogóle: piwa typu Lambic fermentują przy udziale dzikich drożdży. Mówi się, że ten specyficzny wytrawny, winny i cydrowy aromat z kwaśnym aftertaste to zasługa szczepów drożdży i bakterii właściwym dolinie rzeki Senne, czyli okolice Brukseli. Tym samym to co w innym wypadku (piwa górnej i dolnej fermentacji) uznane byłoby za wadę (zakażenie dzikimi drożdżami) w przypadku piw fermentacji spontanicznej uważane jest za ikonę tego stylu.

Lindemans GueuzeLindemans Gueuze Lindemans Gueuze

Bazę typowego Lambica stanowi mieszanina słodów jęczmiennych i pszenicznych (zazwyczaj w stosunku 70% do 30%). Używany jest także oczywiście chmiel, oryginalnie ze względu na jego konserwujące właściwości, a obecnie przede wszystkim dla smaku i aromatu. W tym celu dodaje sie go do piwa stosunkowo dużo, ale co ciekawe, aby uniknąć silnej goryczy używany jest często suszony chmiel(który ponoć jest o wiele mniej gorzki od świeżego). Po schłodzeniu brzeczki jest ona zostawiana otwarta, tak by umożliwić fermentacje spontaniczną. Potem młode piwo przelewane jest do drewnianych beczek, gdzie leżakuje rok, dwa a nawet trzy lata.

Obecnie typowy Lambic jest rzadko spotykany w sprzedaży detalicznej. O wiele łatwiej kupić Lambica Gueuze, którego historia powstania sięga roku 1880, kiedy Lambic, w celu ułatwienia dystrybucji, a także dla lepszej konserwacji zaczął być butelkowany. Wtedy też zaczęto miksować Lambika, niczym whisky, w proporcach: 2/3 młody Lambic +  1/3 starego, leżakowanego Lambika.

Jakiś czas temu zakupiłem kilka butelek, stosunkowo łatwo dostępnego Lindemansa. Na pierwszy ogień idzie właśnie Gueuze. Na etykiecie butelki przeczytamy między innymi, że należy podawać go w temperaturze 2-3 stopnie Celsiusza.  Do degustacji wydało mi się to za mało (chciałem aby piwko odkryło nieco więcej smaków/aromatów),  więc poniższy opis  odnosi się do smaku piwa w temperaturze 8-10 stopni.

Lindemans Gueze

Piana: Początkowo obfita, bardzo szybko opada do zera.

Lindemans Gueuze

Lindemans Gueuze

Barwa:  Jeśli potrzymamy piwko w pozycji pionowej przez kilka dni i umiejętnie je przelejemy, to piwko będzie jasno bursztynowe/pomarańczowe z delikatną zawiesina z drożdży, które odłożyły się na dnie butelki. Nie polecam przelewać całego.

Zapach: Tuż pod korkiem zapach owocowy, szampanowaty, winny i nieco landrynkowy. A po przelaniu, to już przede wszystkim ciężka „zawiesina” w postaci zapachu drożdży oraz przede wszystkim sera pleśniowego / starych przechodzonych skarpet, przez którą (zawiesinę) przebijają się nuty owocowe.

Smak:  Bardzo kwaśne, jakby ktoś rozsypał po języku kryształki kwasku cytrynowego. Pamiętam też z czasów dzieciństwa gumy do żucia z „Center Shock”, które tak samo wykręcały buzię. Tak czy inaczej, ślinianki szaleją, kwaskowatość atakuje szczególnie boki języka oraz sam jego koniuszek. Po 2-3 sekundach na szczęście wzbiera słód, a nawet odrobina chmielowej goryczki, by potem jednak powrócić do intensywnego kwaśnego i wytrawnego aromatu.

Wspomniałem także o „serku”. Niektórzy określają ten zapach (kwas izowalerianowy) jako zapach przechodzonych skarpet. Ja wole o nim myśleć, w tym wypadku, jako o zapachu sera pleśniowego (piwo otoczone taka myślą lepiej smakuje 😉 ).  Żeby było to jasne, pisząc „ser pleśniowy” nie mam tu na myśli jakiegoś „camemberta”.  To co najmniej zapach wielbionego przez wszystkich „Lazurka” 😉 Na szczęście po paru łykach zapach nie jest już tak natarczywy.  Ostatecznie, jak już się do niego przyzwyczaimy, to w połączeniu z smakiem (aromatem) octowym przywołuje skojarzenia kwaśnego jabłka. Piwo, tak jak „wino musujące”, początkowo bardzo wysycone, szybko się wygazowuje.

Lindemans Gueuze

Lindemans Gueuze

Ogólna zajebistość aka pijalność:    Jeśli by zostawić lampkę wina Sovetskoje Igristoje na kilka miesięcy, tak aby alkohol utlenił się do kwasu octowego, to być może zawartość lampki smakowałaby jak to Gueze 😉 A tak bardziej serio, mógłbym porównać tego Lindemansa do takiego bardziej wytrawnego Cydru, o ile można się o takie porównanie pokusić.

Na swój sposób piwko jest orzeźwiające. Gueuze, którym sie raczę, ponoć jest najbardziej komercyjną wersją tego rodzaju Lambica. Jest filtrowane, pasteryzowane i bardziej słodkie. Będę miał okazję się o tym przekonać, gdyż „przezornie” zakupiłem także między innymi Gueuze Grand CruCuvée René„, zabutelkowaną w marcu 2012. Moje ślinianki aż drżą na myśl o tym co się czai w tej butelce 😉

Rzecz o piwie Inków. Oraz o piwie z Angoli.

Mongozo Palmnut i Mongozo Quinua

Mongozo Palmnut i Mongozo Quinua

Piwne wynalazki – mam do takowych słabość. Bierze się ona z tego, że tak naprawdę nie zbudowałem sobię żadnej własnej piramidy trunków Maslowa, na której szczycie, nie postawiłem butelki z piwem. W poszukiwaniu nowych doznań i smaków nie jestem fetyszystą. Tak się tylko złożyło, ot dziwny przypadek, że ta droga “poszukiwań” często prowadzi mnie przez kufle wypełnione nachmielonym płynem. Ale wiem, że u celu tej „wędrówki” może znaleźć się cokolwiek.

Tak więc dzisiaj przed sobą mam dwie buteleczki piwa Mongozo. “Mongozo Quinua to piwo z delikatnie gorzkim aftertaste oraz charakterystycznym posmakiem ziaren Quinua. Quinua bywa czasem określane mianem „złotego ziarna z Gór And”. Wieśniacy w Boliwii do dzisiaj piją tradycyjne piwo Inków wyrabiane z ziaren Quinua, nazywając je pieszczotliwie ‚chica’. Piwo ma złocisto-brązowy kolor.” To oczywiście tłumaczenie “piwnej zajawki” jaką raczy nas producent, na całkiem zgrabnie wykonanej stronie www. Tam też Mongozo Palmnut zostało opisane w następujący sposób: “Określenia „odrobinę oleisty, owocowy i wytrawny” najlepiej oddają smak Mongozo Palmnut. To prawdziwie duchowe doświadczenie! Orzechy palmowe nadają temu piwu charakterystyczny aromat temu egzotycznemu, afrykańskiemu piwu, które jest współczesną wersją tradycyjnego piwa z Angoli. Czerwono-brązowy kolor nasuwa skojarzenie z kolorem piasku afrykańskiej pustyni.”

Mongozo Palmnut

Mongozo Palmnut

Tak więc przyznaję, kupiły mnie opisy nadrukowane na wirtualnych etykietach. Pamiętajmy jednak, że Lager z Chorwacji, Kuby czy Afryki będzie tylko Lagerem z Chorwacji, Kuby lub Afryki. Nie oczekiwałem, że te piwa będą czymś więcej niż aromatyzowanymi Lagerami, ale i tak uznałem, że samymi sobą odkryją o wiele więcej niż afrykańska odmiana Heinekena. Szczególnie, iż jak potem przeczytałem, w składzie rzeczywiście występują odpowiednio: Quinua grains / palm nuts. A gdy już zabierałem się za samą reckę, okazało się, że piwko ma także fantastyczną historię („a beer with a story to tell„, jak twierdzi producent na swojej stronie internetowej).

Na stronie internetowej Mongozo możemy przeczytać, że samo słowo “Mongozo” znaczy „zdrowie!” w ojczystym języku Henrique Kabia, jednego z założycieli marki. Ten ojczysty język należy do plemienia Chokwe, które żyje rozproszone na obszarach Angoli, Zambii oraz Demokratycznej Republiki Kongo. Ponoć za recepturę piwa odpowiedzialna jest odległa pra-pra-pra babcia Henrique Kabia, która w XVIII wieku była inicjatorką wielkiej zmiany w tradycji swego ludu: zamiast robienia wina palmowego, zaczęła tworzyć piwo palmowe! <Ta-dum, ptsss!> ( <-dźwięki perkusji oznajmiające zakończenie utworu).

Założyciele browaru Mongozo

Założyciele browaru Mongozo

Ok, to jednak nie koniec 😉 Oczywiście przez kolejne stulecia receptura była ustnie przekazywania, z matki na córkę. Przyszedł jednak czas, że w rodzinie nie było żadnej kobiety, która mogłaby kontynuować tradycję, przez co matka Henrique zdecydowała zerwać ze zwyczajem i wtajemniczyć syna w arkany warzenia piwa. Ta receptura była także jedynym dobrem jakie w cudzysłowiu posiadał Kabia, kiedy jako uchodźca w 1993 przybył do Holandii.  W 1998 Henrique Kabia oraz Jan Fleurkens postanowili połączyć siły i wyprodukować piwo według przepisu. Pomysł okazał się sukcesem i dał początek całej linii egzotycznych piw Mongozo jakie znamy dzisiaj. Dalej w 2001 swoją premierę miało Mongozo Banana, po który w 2003 roku przyszedł czas na Mongozo Quinua in 2003. Krótko potem Henrique Kabia zginął w wypadku. Życie jednak toczy się… dalej; firma rozwijała się dalej „tak jakby życzył sobie tego Henrique”. Obecnie, w pięciu różnych odmianach piwa Mongoza można odnaleźć składniki, receptury oraz piwne zwyczaje ze wszystkich zakątków świata, wliczając w to Ghanę, Sri Lankę, Indonezję, Costa Rikę i Brazylię.

Czy to już pora na: <Ta-dum, ptsss!> ? Nope, jeszcze nie. W czasie przeglądania strony internetowej producenta okazało się bowiem, że większość z produktów Mongozo może pochwalić się znaczkiem FAIRTRADE. Oznacza to, że Mongozo używa składników kupionych od farmerów z krajów rozwijających się, w dodatku za uczciwą cenę. Dzięki temu farmerzy i ich rodziny czeka lepsza przyszłość.

Co niektórzy pewnie teraz pomyślą, że skoro tak naprodukowałem się na temat historii piwka, to *napewno* będzie mi ono smakowało. Bo w końcu chociażby <autoironia> osuszając te dwie buteleczki pomagam farmerom z trzeciego świata, a także przybliżam sobie ich kulturę. </autoironia> A to przecież bardzo szlachetnie, z mojej strony. Oczywiście nie mam nic do marek piwa, które „po prostu powstały”. Narodziny browaru to nie narodziny Kim Dzong Ila, gdzie jak wieść niesie, mimo iż był to środek zimy, narodziny zwiastowane były począwszy przez jaskółkę, przez pojawienie się podwójnej tęczy, a skończywszy na pojawieniu się nowej gwiazdy na niebie. Ołł jea.

Mongozo Quinua

Mongozo Quinua

Jednak w przypadku Mongozo, historia powstania ma bezpośrednie przełożenie na to jak powstaje i prezentuje się to piwo. Dla porównania możemy wziąć pierwszy – lepszy browar „z tradycjami”, na przykład ten założony w tym samym roku kiedy pobiliśmy Szwedów pod Oliwą. Gdzie piwo w tym browarze wytwarzane jest z użyciem chemicznych enzymów przyspieszających proces produkcji i leżakowane stosunkowo krótko w stalowych tankofermentorach. Tyle jeśli chodzi o tradycję i leżakowanie w dębowych beczkach (- to ostatnie odnośnie reklam). Ok, enough. Zobaczmy jak smakuje piwo Inków / piwo z Angoli.

Mongozo Quinua

Piana: biała, średnio i grubopęcherzykowata.

Mongozo Quinua

Mongozo Quinua

Barwa: kolor słomkowy. Bardzo wyraźnie widoczne drobinki (ziaren?) unoszące się w piwie. Drobinki nie opadają na dno i gdyby nie one, piwo można by nazwać niemalże klarownym.

Zapach: Wyraźny zapach drożdży. Dalej, trochę estrów owocowych (brzoskwinie), trawa cytrynowa (polecam zakupić sobie opakowanie tej przyprawy, fantastyczna sprawa). Nieodparte skojarzenia z Pinta – Viva la Vita (warka z 2012 oczywiście).

Smak: Zdecydowanie czuć drożdże. Bardziej gorzki aftertaste, w porównaniu, do mocniejszego, palmowego brata. Gorycz nie pochodzi jednak od chmielu. Smak “wodnisty”, orzeźwiający, lekko owocowy (zielone jabłko). Niskie wysycenie.

Ogólna zajebistość aka pijalność:  Patrz: Mongozo Palmnut. Szkoda się powtarzać 😉

Mongozo Palmnut.

Piana: Kremowa, utrzymuje się dłużej niż w przypadku Quinua, mimo, że piwko jest mocniejsze. Oczywiście bardziej się też pieni.

Mongozo Palmnut

Mongozo Palmnut

Barwa: Bursztynowa. Podobna zawiesina do obserwowanej w poprzednim piwie zupełnie tak jakbyśmy nalali sobie szklankę kompotu.

Zapach: Bardzo wyraźny i specyficzny zapach! Jestem pewien, że wąchałem / piłem już coś takiego. Po chwili do mnie dociera: to goździki. Oczywiście wspomniany zapach gożdzików, o dominacje walczy też zapachem drożdży. Dalej, zapach nasuwa skojarzenia z przyprawionym witbierem w stylu Pinta – Viva La Vita. A także odrobinę z Leffe Blonde. A bardziej z Satan Red      (Brouwerij De Block). Postanowiłem, że te dwa ostatnie sobie na wszelki wypadek przypomnę.

Smak: Wyrazisty, interesujący smak i zapach. Alkohol, mimo, że jest go 7%, jest bardzo ładnie skomponowany z bukietem piwa. Zapach drożdży przykryty goździkiem oraz sfermentowanymi owocami. Aftertaste utrzymuje się długo, na szczęście jest dość przyjemny. Aromaty pieprzowe, podobne do Sachsenberga Pepřové’go.

 
Ogólna zajebistość aka pijalność: Obu piw warto spróbować. O ile ktoś nie jest “uczulony” na drożdże w zapachu czy też “smaku”, to mogą okazać się dla niego bardzo pijalne. Szczególnie lekkie Quinua, odpowiednio podane, w upalny dzień 😉

Żegulgi do Indii ciąg dalszy. Domowe IPA.

Całkiem niedawno zostałem obdarowany przez właściciela najfajniejsze knajpy w Bielsku-Białej (Piwnica Zamkowa) piwem „domowym”, uwarzonym w stylu India Pale Ale. Fantastyczny prezent dla kogoś, kto spośród wszystkich rodzajów piwa najbardziej upatrzył sobie właśnie IPA.  Piwko powstało podczas warsztatów organizowanych przez Piwnicę Zamkową w lipcu 2012, które poprowadził domowy piwowar ukrywający się pod pseudonimem mark33.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Mówi się, że piwu szkodzą trzy czynniki: światło, temperatura i czas. Dwa pierwsze elementy – światło i czas, z pewnością można uznać za bezwzględną regułę dla większości, jeśli nie dla każdego piwa. Jeśli chodzi o czas z kolei, to sprawa jest już nieco bardziej dyskusyjna.  Czas z pewnością zmienia piwo, nie zawsze  mu szkodząc. Są piwka, które leżakując (i re-fermentując) w butelce nabierają wytrawności i złożoności, których brak mógłby uczynić piwo uwarzone w danym stylu niepełnowartościowym. Niektóre  piwa można leżakować nawet przez lata(ale to oczywiście raczej wyjątek niż reguła). Tym samym istotne jest, aby rozumieć ten proces, aby mieć pewne wyobrażenie jak piętno czasu może wpływać na piwo.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Buteleczka którą otrzymałem została zakapslowana 9 miesięcy temu. To dość dużo jak na IPA. Nie jest tajemnicą, ze wraz z upływem czasu piwo będzie tracić swoje „nachmielenie”, objawiające się dobrze znaną goryczką. Myślę, że 9 miesięcy to aż nadto wystarczający okres aby można było zauważyć proces „tracenia” goryczki na przykładzie India Pale Ale. Nie zmienia to faktu, iż jestem bardzo ciekaw co też kryje się w środku.

Zaczynamy!

Piana: Z pewną obawą odkapslowałem butelkę. Szczęśliwie nie było „wybuchu piany” co jest jedna z oznak m.in.  zepsucia piwa. Sama piana drobnopęcherzykowata, raczej obfita, otrzymująca się. Charakterystyczna dla IPA – o ile można pokusić się o takie określenie.

Barwa: O dziwo klarowna czerń. Nieprzejrzysta, ale nie ze względu na zmętnienie. Nietypowe jak na piwo, które w swoje nazwie ma przymiotnik „jasne”.

Zapach: Na początku trochę palonego słodu lub karmelu. Potem na przód wysuwają się akcenty ziołowe (najbliższe skojarzenie: Wrotycz pospolity), aromaty przejrzałych owoców, wina (octu winnego). Z tym ostatnim skojarzenia są niestety nieodparte. Niecodziennie jak na piwo. Zagadka zostaje jedna rozwiązana, gdy przechodzimy do smaku.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Smak: Ziołowy, kwaskowaty, szczególnie wyczuwalny po bokach języka. Smakuje trochę jak białe wytrawne wino z Bułgarii (taka mniej udana Sophia za 6 pln za butelkę). Do tego posmak alkoholowy (Octan Etylu), ale komponujący się z resztą bukietu tego… no właśnie, skwaśniałego piwa 😉 Miłośnicy bułgarskiego wina, docenią pewnie długo utrzymujący się aftertaste. Próba techniką retronosową nasuwa skojarzenia z niedojrzałym jabłkiem. Goryczka chmielu wyczuwalna ewentualnie tylko w afterstaste.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Ogólna zajebistość aka pijalność: Lactobacillus, Pediococcus, Acetobacter albo niektóre szczepy dzikich drożdży, są odpowiedzialne za aromat octowy. Jestem ciekaw jak będzie smakować mój Chateau od Artezana, z numerem 155. Czyli Red Flanders Ale, gdzie takie kwaskowato- octowe aromaty są jak najbardziej na miejscu. Gdzie indziej, tak jak w tym przypadku, świadczą raczej o zepsuciu piwa. Picie tego domowego IPA przypominało trochę prace wykopaliskowe – mianowicie zastanawianie się jak wyglądało kiedyś  Twoje znalezisko ;). Można takiego piwka spróbować w celach edukacyjnych. Ciężko jednak wypić całą butelkę.  Mając na uwadze mój poprzedni post, można powiedzieć, że do Indii dopłynąłem ze z skwaśniałym piwem.

Kurs obieram na Indie. Artezan IPA.

Artezan IPA

Artezan IPA

Miało być trzeci raz o Czechach i czeskim Stoucie od Primatora, lecz Pepiki mi się przejadły. Wam być może też, biorąc pod uwagę z jakim zacięciem (pewnie godnym lepszej sprawy) produkowałem akapity o realiach picia lagerów (i nie tylko).

A zatem, biegiem na mostek kapitański zakręcić kołem steru i skierować tę szalupę postawioną na WordPressie… tam gdzie kiedyś chciał dopłynąć Krzysztof Kolumb.  Do Indii.

Był taki moment w dziejach świata, kiedy Wielka Brytania była kolonialną i morską potęgą. Tam gdzie pojawiała się Royal Navy, tam też pojawiali się brytyjscy obywatele, a wraz z nimi ich zwyczaje.

Nie jest tajemnicą, że oprócz herbaty, Brytyjczycy uwielbiali także swoje piwo Ale. Indie jako kolonia była samowystarczalna, jednak lokalny klimat uniemożliwiał produkcję piwa (wiem, że nie muszę tego dodawać, jednak ludzie nie mieli wtedy jeszcze lodówek, a Ludwik Pasteur jeszcze się  nie urodził). Skoro nie można było produkować na miejscu, pomyślicie pewnie – czemu by nie importować? Przecież kolonie brytyjskie były często rynkami zbytu dla „macierzy”. W przypadku kolonii brytyjskiej w Indiach problemem była jednak odległość. Około pięciomiesięczna podróż statkiem z Londynu do Indii nie służyła ładunkowi w postaci piwa, które dopływało do Indii „płaskie” i kwaśne.  Jednocześnie Indie były lukratywnym rynkiem, który stanąłby otworem dla tego, który jako pierwszy poradziłby sobie z tymi trudnościami. Przez co niejedni próbowali.

Artezan IPA

Jako pierwszemu udało się Georgeowi Hodgsonowi. Kreatywny browarnik użył swojej receptury Pale Ale (która jako jedna z pierwszych na świecie pozwalała uzyskiwać piwo w kolorze różnym od brązowego / czarnego) i postawił na dwie strategie znane ówczesnym browarnikom, stosowane w celu zapobieżenia kwaśnieniu piwa: zwiększona zawartość alkoholu oraz intensywne chmielenie. Jak wiadomo alkohol nie stwarza przyjaznych warunków do rozwoju bakterii. Alfa kwasy zawarte w chmielu także temu nie sprzyjają. Mając to na uwadze, Hodgson tak zmodyfikował swoją recepturę Pale Ale, że nie żałował ani chmielu, ani ziarna, ani cukru (na różnych etapach produkcji piwa, ma się rozumieć).

Rezultatem było bardzo gorzkie, mocne, nagazowane Ale, które zdolne było przetrwać  długą morska żeglugę, a także straty nagazowania wynikające z prymitywnego procesu butelkowania piwa, które było szczególnie odczuwalne, w gorącym, indyjskim klimacie. Sukces Hodgsona był legendarny. „Pale ale as prepared for India”, „India Ale”, „pale India ale” lub „pale export India ale” to nazwy / określenia jakie zaczęły towarzyszyć piwu przygotowywanemu na eksport do kolonii brytyjskiej jaką niegdyś były Indie.

Obecnie gatunek ten przeżywa pewien renesans, ze względu na popularność (ofensywę?) amerykańskich odmian chmieli. Powstał nawet specjalny podgatunek India Pale Ale, a jednocześnie językowy potworek:  American India Pale Ale.

Na tym tle tym bardziej ciekawy jest India Pale Ale od Artezana. Zamiast bić się z innymi browarami rzemieślniczymi o niedostępne juz w pewnym momencie na światowym rynku chmiele amerykańskie, Artezan postanowił wrócić do tradycji i uwarzył swoje IPA w stylu brytyjskim (używając Challengera i East Kent Goldings – którego „wczesną wersje” prawdopodobnie użył sam Hodgson produkując pierwsze IPA).

Artezan IPA

Piana: drobnopęcherzykowata, utrzymująca się centymetrowa warstwa.

Artezan IPA

Artezan IPA

Barwa: bursztynowa. Klarowność: delikatnie mętne.

Zapach: delikatnie słodowy, żywica, lekko duszny/zatęchły – wysuszone drzewo… oraz taki jaki poczujemy wchodząc między krzaki ostrężyn w upalny dzień, podczas wędrówki po górach.  No i  grejpfrut.

Smak: Intensywny początek, neutralny, aksamitny środek i  pieprzno-owocowy finish. Goryczka długo się utrzymuje, jest przyjemna. Jak po zjedzeniu słodszego grejpfruta.  No i ostrężyny, aromaty żywiczne i… sosnowe? Not sure, ale nie jest tak, że wszystko co ma igły jest dla mnie „sosnowe” 😉 Anyways, brzmi lepiej niż „aromat drzew iglastych” 😉 Napewno nie jest to np. Jałowiec, spotykany w nalewkach, a nawet w piwie(Sahti! jesli ktoś pił Koniec Świata Pinty – raise your hand). Jako minus: piwo po ogrzaniu odkrywa aromaty landrynkowo-mydlane. Jednak biorąc pod uwagę, że jest bardzo pijalne, jest szansa, że zdążycie opróżnić kufelek zanim ta landrynkowa „przyjemność” Was zaskoczy.

Ogólna pijalność aka zajebistość: Tak! Nie ma przesady w tym IPA, nie było gonitwy za chmielem. Bardzo pijalne. Jednak osoby nie przepadających za chmielem, mimo wszystko sięgną po chociażby Pacific Pale Ale. Z kolei hop headzi będą narzekać na zbyt mało intensywną goryczkę. Mnie jednak bardzo podobały się nuty aromatów ostrężyn, „drzew iglastych” 😉 a także grejpfruta.

Artezan IPA

Artezan IPA

Jako post scriptum: z żalem przeczytałem informację zamieszczoną niedawno na twarzoksiażkowym profilu Artezana, że następne partie IPA, będą już warzone z użyciem chmieli amerykańskich. Nie wiem czy to chęć eksperymentowania czy gusta konsumentów pchnęły Artezana ku tej decyzji, jednakże, trochę szkoda, że nie będzie już można spróbować „oryginalnego” India Pale Ale. Z Polski, ma się rozumieć.