Grenlandzcy rybacy wiedzą jak rąbać lód. Ice Fjord Lager.

Ice Fjord LagerWiemy z reklam, że dobra kawa albo dobra herbata pochodzi z plantacji, gdzie w znoju i ugorze, pracownicy plantacji ręcznie wybierają listki albo ziarna i ładują je do koszyka, przewieszonego przez plecy. Jednocześnie przekaz jest taki, iż gdyby robiłyby to maszyny lub proces byłby w jakiś inny sposób zautomatyzowany,  to końcowy produkt – zebrane ziarno czy rośliny byłby z tego powodu niepełnowartościowe. Tak wygląda w tym przypadku marketing.

Tak się jednak składa, iż gdyby okoliczności sprawiły, że wskazane (przede wszystkim z ekonomicznego punktu widzenia) byłoby zastosowanie maszyn do zbierania herbaty, kawy lub czegokolwiek innego sprzedawanego z otoczką hand- picked, to już dawno by to zrobiono.

Realia są takie, że tam gdzie rośnie kawa czy herbata, pracownikom sezonowym obrabiającym krzaczki z nasion czy liści można zapłacić za pracę niewiele więcej niż dziecku pracującemu w chińskiej fabryce. Dodatkowo warunki klimatyczne czy inne uwarunkowania sprawiają, ze zastosowanie maszyn jest  po prostu niepraktyczne. Tu jednak wkracza marketing, który sprzedaje to co jest i „co musi być” jako coś ekskluzywnego, rzadkiego czy specjalnego. Jest dobrze, „się kręci”.Ice Fjord Lager

Gdy na Brackiej Jesieni stałem pod „ścianą płaczu”, co w moim hobby oznacza nie bankomat, ale wysoki na 2 metry, szeroki na 8 metrów regał z piwami, mój wzrok niechybnie zatrzymał się na… Grønland Ice Cap Beer. Niebieska, krzywo nalepiona etykieta ukazująca lodowiec, wyróżniała się na tle innych. Minęła chwila i wiedziałem już, że moim przeznaczeniem jest nabyć tę butelkę grenlandzkiego lagera. Choćby na wypadek sytuacji, gdyby ktoś kiedyś rzucił do mnie „Hehe. A piłeś kiedyś piwo z Grenlandii?”, na co ja mógł bym hipstersko, bez emocji odrzec: „Piłem zanim to stało się modne.”

A już poważniej, kiedy poprosiłem obsługę aby ściągnęła dla mnie butelkę Ice Fjord Lager z półki celem „pomacania”, moim oczom ukazał się następujący opis:

Ten premium arctic lager warzony jest przy użyciu wody pochodzącej ze 180000 letniej, grenlandzkiej pokrywy lodowej. Lód jest ręcznie wybierany przez lokalnych rybaków w Ilulissat. Krystalicznie czysta woda, połączona z najlepszymi surowcami tworzą unikalne smakowe doświadczenie, którego nie znajdziesz w żadnym innym piwie na świecie.

Ice Fjord Lager

Bo jak wiadomo, tylko ręcznie zbierany lód nadaje piwu niesamowitego smaku i aromatu. Nawiasem mówiąc, już wiem czemu etykieta jest krzywo nalepiona. Grenlandzki rybak musiał mieć zmarznięte ręce od wybierania lodu.

Przy okazji, mamy do czynienia z ciekawym przypadkiem dysortografii. Tym razem na stronie internetowej czytamy: „(…)whit the unique water analysis in the brewing process. We only use the best ingridients to make shure we make the best beers, and this makes us able to make beers, like no other in the world.”

Ice Fjord Lager

Piana: Bardzo drobna, koloru ciemnobeżowego, powolutku opada przyjmując formę dość skromnego kożuszka.

Barwa: Heban, klarowność: opalizujące.

Ice Fjord LagerIce Fjord LagerIce Fjord Lager

Zapach: Czuć arktyczną świeżość wody wyrąbanej z czapy lodowca… just kidding 😉 Tak naprawdę mamy wyraźny słodowo-karmelowy aromat podbudowany estrami i alkoholem. Tych estrów jednocześnie nie jest na tyle dużo, aby drażniły w tym ciemnym, mocnym Lagerze.

Smak: Chmiel jednak nie rośnie na Grenlandii 😉 Piwo jest wodniste, lekkie, przyjemne w odbiorze. W aromatach dominuje karmel oraz skórka od chleba. Dość słodkie. Lekko kwaskowaty aftertaste, pochodzący zapewne od ciemnych słodów.  Niskie wysycenie.

Ogólna zajebistość aka pijalność: O dziwo, spodziewałem się czegoś o wiele gorszego. Jednakże piwko jest całkiem pijalne, można nawet powiedzieć, że sesyjne. Na pewno spory udział w tym ma woda z lodowca. A tak na serio to można spróbować.

Tescowe piwa regionalne.

Czasami nie można przejść obojętnie. Człowiekowi, który nagle przewróci się na chodniku i nie będzie dawał znaków życia spróbujesz pomóc. Widząc dręczone zwierzę, zareagujesz.  Nie przejdziesz także obojętnie wobec piwa z etykietą „Piwo rzemieślnicze” stojące na półce „małego” Tesco. Jestem usprawiedliwiony. Zareagowałem na wewnętrzne wołanie. Wziąłem po jednej sztuce z każdego rodzaju. Po przyjściu do domu spojrzałem dokładniej na etykietę: browar Sulimar.Rebel Lager

Nie wiem czy kiedykolwiek zwróciliście uwagę, na to, że niektóre „jabole” takie jak np. kultowa Pokusa nie mają nigdzie nalepionej banderoli. Czyżby to producent Pokusy wypracował jakieś specjalne względy w ministerstwie, co by tej banderoli naklejać nie musiał (i mógł sprzedawać swoje Chateau de Jabol nieco taniej?). Nic z tych rzeczy. Prawo polskie dokładnie określa na co ma trafić banderola, a na co nie. Wyjątkiem od nienalepiania banderoli, jeśli chodzi o napoje alkoholowe jest chyba tylko piwo produkowane ze słodu. Każdy, najcieńszy nawet napój spirytusowy musi mieć banderole (mixy takie jak Breezery i Sobieski mają banderolę). Zanim jednak zapytam Was czy piliście kiedyś napój na bazie piwa/brzeczki o nazwie „Pokusa”,  rozprawie się szybciutko z pewnym piwnym mitem: mówi się, że niektórzy producenci dolewają do swoich piw spirytusu. Oczywiście wiązałoby się to z obowiązkiem nalepienia banderoli. Czy widzieliście kiedyś piwo z nalepioną banderolą? Nie? Więc tak jak obiecałem: szybciutko.

Bez dwóch zdań, browar Sulimar jest fantastyczny. W swojej ofercie ma coś na każdy gust i każde podniebienie. Znajdziemy tu jabole (technicznie: aromatyzowane, mocne piwa) w różnych smakach, w tym kultowa Pokuse; sikacze aka ‚asortyment biedronkowy’ w stylu Kiper Mocny, Beczkowe, Polarne, etc,  a także Porter, Piwo Miodowe i Pszeniczne oraz smakowe takie jak Grejpfrut, Banan, Cytryna, sprzedawane pod marką Cornelius. Brakowało w ofercie jedynie jakiegoś „aspirującego” Lagera albo Pilsa. Takiego wiecie : „ą – ę”. No i się doczekaliśmy. Oto nasi czterej wspaniali Rebelianci – cztery piwa dolnej fermentacji w różnej szacie smakowej:

  • Lager Miodowy
  • Lager Dunkel
  • Vienna Lager
  • Bohemia Pilsner

Osom. No to po kolei.

Rebel Lager Dunkel

Piana: Kremowa, drobnopęcherzykowata. Dość szybko opada, do około 0,5cm

Barwa: Miedziany, ciemny brąz. Klarowne.

Zapach: Palony cukier, przyjemny, lecz mało intensywny. rozbroiła mnie informacja na etykiecie: „przyjemne nuty tostowe”. Chyba zaraz sobie zrobie, takiego z serem. Niestety zamiast tostów jest mokry karton, oznaka utlenienia. Znikome wysycenie.

Smak: Nieznośny, dziwnie słodki. Płaski, od samego początku po sam koniec. Gorycz, jeśli wyczuwalna, to zupełnie nie komponuje się ze słodem

Ogólna zajebistość aka pijalność: For fuck’s sake jakoś zmęczyłem ten jeden kufel. Nevermore.

Rebel Lager

Rebel Dunkel

Rebel Lager

Rebel Dunkel

Rebel Lager

Rebel Miodowy

Rebel Lager

Rebel Miodowy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rebel Lager Miodowy

Piana: Szybko opada do zera.

Barwa: Klarowny, słomkowy.

Zapach: Delikatnie wyczuwalny zapach miodu. A może zasugerowałem się etykietą?

Smak: Amerykanie produkują takie piwa. Gatunek nazywa się: Ice Lager. Ponieważ z założenia ma smakować jak największej grupie odbiorców, w efekcie jest praktycznie bez smaku. Właściwie to mógłbym na tym zakończyć, ale dodam jeszcze, że jest mniej idiotycznie słodkie od swojego brata Dunkela. Miód jest tak dobrze skomponowany z resztą bukietu, że aż w tej harmonii niewyczuwalny, podobnie zresztą jak reszta… bukietu smaków i aromatów. Jeśli miałbym założyć się o to ile to piwo „ma procent” to bym zakład prawie na pewno przegrał (okazuje się, że jest 6%). Alkohol jest niewyczuwalny.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Dobrze gasi pragnienie. Aczkolwiek w upalny dzień mając jeszcze do wyboru takie cymesy jak Redds albo Somersby czy Shandy, miodowy Lager z browaru Sulimar stanąłby w kolejce na samym końcu.

Rebel Vienna Lager

Piana:  drobnopęcherzykowata

Barwa: klarowne, bursztynowe

Zapach: Lekko słodowy. Nie wyczuwam jednak utlenienia.

Smak: Jeśli chcielibyście spróbować jak może smakować Vienna Lager to zapraszam do degustacji Pinta – Odsiecz Wiedeńska. A nawet proponuje udać się do lokalnego, bielskiego Bierhalle (Browar Bielitzer) gdzie czasem dostępny jest właśnie Vienna Lager. O niebo lepszy.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Piwo nie razi specjalnie niczym, prócz swoją nijakością.

Rebel Lager

Bohemia Pilsner

Rebel Lager

Bohemia Pilsner

Rebel Lager

Vienna Lager

Rebel Lager

Vienna Lager

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rebel Bohemia Pilsner

Piana: drobno-średniopęcherzykowata, szybko opadająca.

Barwa: żółte, klarowne.

Zapach: Charakterystyczny słód pilzneński. Uff. Może trochę Diacetylu.

Smak: Znowu niczym niezbalansowanie słody, ani cienia goryczki. Diacetyl.

Ogólna zajebistość aka pijalność:  No thanks.

Jeśli istnieje piekło (mało prawdopodobne) i do niego trafię (pewne) to będzie ona knajpą z niekończącą się ladą, gdzie w około metrowych odstępach stały będą kraniki z Rebel Lagerami.

Co warto przywieźć wracając z wyprawy łupieżczej zza południowej granicy?

W ostatnim swoim poście opisałem jak „wakacyjna” aura może przekładać się na smak tego co pijemy.  Było też o czeskich piwach, tak dość ogólnie, bo nie padły żadne nazwy. Z tego powodu postanowiłem napisać coś dla kogoś kto wybrałby się do Czech i akurat słońce by nie dopisało. Smak świadomie wybranego piwa ten mankament niepogody, nadrobi.  Ale zanim zacznę nobilitować bądź strącać w czeluście piekieł kolejne czeskie browary, najpierw: tradycyjny, nudny i przydługi wstęp, który tak bardzo kochacie 😀

Samson 1795

Samson 1795

Frist thing first, wyprawa do Czech to nie wyprawa po Złote Runo. Samo przekroczenie granicy nie zmieni praw rynkowych, gdzie konsument kupując jakiś produkt patrzy często przede wszystkim na cenę. Ta cena z kolei dyktuje jak piwo dla takiego konsumenta jest robione. Nie należy wspinać się ze swoimi oczekiwaniami na Mt. Everest, gdyż moim nieskromnym zdaniem znakomita większość czeskiego piwa jest tylko najwyżej poprawnie przeciętna. Niemal każde czeskie piwo jest do siebie bardzo podobne, a wspólnym mianownikiem jest coś co określiłbym mianem „czeskiej szkoły chmielenia piwa”. Chodzi mi o ten trochę zatęchły, „duszny” posmak chmielenia, tak charakterystyczny dla piwa z Czech.  Zwyczajnie, najpewniej Czesi mają pod tym względem inne gusta niż Polacy i nie inaczej ma to odzwierciedlenie w tym charakterystycznym lekko goryczkowym posmaku , jaki  można odnaleźć w wielu piwach zza południowej granicy.  Ot, cała magia i bynajmniej nie używałem w tym kontekście wyrażeń pejoratywnych. Po prostu, taka jest specyfika tego piwa.

Nie mniej jednak, jeśli chodzi o czeskie piwa to bardzo podoba mi się fakt eksponowania informacji na etykiecie na temat zawartości ekstraktu w piwie. Nierzadko widzimy więc pisane „dużą czcionką” 10°, 11°, 12°, 14°, 16° i tak dalej. Fajna sprawa, bo już na wstępie daje nam to pewien ogląd na temat zawartości samej butelki.  W Polsce, jeśli się coś eksponuje to niestety raczej zawartość alkoholu. Podoba mi się jeszcze jedna rzecz u naszych południowych sąsiadów:  nie trzeba w Czechach szukać żadnego „świata alkoholi” z bardziej niszowym piwem, aby móc sobie ściągnąć z półki coś innego niż oklepane „jasne pełne”.  Nie ma szału, ale jest o wiele lepiej niż w Polsce, gdzie często uzupełnia się monotonny asortyment piwem z Litwy, Ukrainy, Rosji, Czech.

Holba Šerák

Holba Šerák

A zatem, co warto przywieźć  z Czech?  Zanim się na ten temat rozpisze wypadałoby na początek powiedzieć parę słów o realiach. Wygląda to tak, iż jeśli nie trafimy przypadkiem na lokalną inkarnację „Koneser – świat piwa” przyjdzie nam najpewniej dokonywać zakupów w Billi albo w Kauflandzie – popularnych sieciach supermarketów w Czechach. Tym samym nie znajdziemy tam piw z browarów Kocour, Matuška czy innych producentów  tworzących ambitne piwo. Będzie to mainstream. Tak jak pisałem we wstępie, nie nakręcajmy oczekiwań.

Zacznijmy nieco kontrowersyjnie, bo od odesłania do pierwszej lepszej recenzji piwa Samson 1795 znalezionej w Internecie. Jeśli chciało się wam otworzyć link, to mogliście zobaczyć, że Samson jak widać: może smakować. Mając ten dość istotny niuans na uwadze, zaserwuję Wam teraz najlepsze: w Tesco, jeśli mnie pamięć nie myli, można kupić Samsona za około 3,5PLN. Za bardzo nie odbiega chyba od ceny Heinekena czy Carlsberga.  Co jednak zabawne, w czeskim Kauflandzie ta sama butelka kosztuje 9,90CZK(sic!). I jakby tego było mało, niedawno w promocji  zauważyłem Samsona po 5,90CZK. Tak, zgadza się.  To niecała złotówka.  Tym samym stwierdzenie, ze życie potrafi być °przewrotne° nabiera w tym przypadku nowej głębi, którą poznacie po degustacji piwa za złotówkę, nabytego w polskiej sieciówce. Fuck yeah, nie przewróćcie się.

Podobnie ma się sprawa z dostępną w Polsce, a nagradzaną w samych Czechach Holbą, którą w Kauflandzie nabędziemy za około 12,5CZK, a polskim „dużym” Tesco za niecałe 5 pln.  Pomijając Samsona 1795, który może być nieco dyskusyjny, Holbę  mogę już bez oporów polecić. A w szczególności Holbę Šerák.  Co ciekawe browar z Hanušovic może pochwalić się stroną internetową również wersji w języku polskim.  Warto poklikać.

Ježek

Ježek

Okej. Mamy więc już dwa piwka, co do smaku których możecie się przekonać,  nawet jeśli nie mieszkacie niedaleko granicy z Czechami. Wystarczy Tesco, najlepiej to w wersji „hiper”, gdzie jest nieco większy asortyment. Po resztę trzeba się już niestety pofatygować, lub wygrzebać w ofercie jakiegoś sklepu internetowego.

Trzecia pozycja na mojej liście to Ježek. Bardzo niepozorne piwo sądząc chociażby po etykiecie oraz zawartości ekstraktu – niby tylko „jedenastka”. Tym większe napotkacie zaskoczenie po rozpoczęciu degustacji.  To co urzekło mnie w tym piwie to fakt, że w przeciwieństwie do swoich wielu braci z gatunku svetly leżak, Ježek  NIE JEST piwem płaskim, jednowymiarowym. Ten fakt przesądza też o niesamowitej pijalności. Mógłbym użyć wielu porównań do innych marek / gatunków, ale ponieważ już siedzimy w czeskich klimatach… jeśli zamówicie Pilsnera Urquella  w dobrej restauracji (czytaj: gdzie będą mieli dobrą beczkę) będziecie mogli doświadczyć podobnej harmonii goryczy chmielu kontrowanej słodem, co pijąc „Jeżyka”. Ježeka niestety nie spotkałem „luzem” na półce w Billi / Kaufland , ale wchodzi w skład zestawów Cesta pivních znalců” dostępnych oczywiście we wspomnianych wcześniej sieciówkach. W Polsce dostępny także między innymi w Piwotece.

Cesta pivních znalců

Cesta pivních znalců

Punkt czwarty to właśnie CPZ.  „Cesta pivních znalců” można przetłumaczyć jako „koneserzy piwa”.  To zdaje się inicjatywa mniejszych browarów, która powstała po to by zaistnieć w świadomości konsumentów, i tym samym otworzyć sobie drogę do konkurowania z nimi.  Za cenę 100 – 130 koron otrzymujemy siedem różnych piw w gustownym kartonowym opakowaniu, które zostały dobrane ze sobą, ze względu na jakąś wspólną cechę,  np. typ użytych drożdży, jęczmienia, kolor, wysycenie i tak dalej.  Dla kogoś kto ciągle „poszukuje”, taki zestaw to fantastyczna sprawa.

Na koniec zostawiłem sobie Primatora, z browaru Náchod. Primator to świetny przykład na to, że nie potrzeba znowu tak wiele aby zróżnicować swój produkt, dzięki czemu można zaoferować coś przystępnego dla szerszej grupy odbiorców. Albo… trafić na mój blog (nie wchodząc w szczegóły jakiej rangi jest to obecnie zaszczyt 😉 Zostawiając tą dygresję na boku znalazłem użyteczną stronę gdzie znajdziemy trochę etykiet Primatora wraz z opisem piwa, w języku angielsku.

Jak widzicie, nawet Lager nie musi być nudny. Primator 16° Exclusiv, Primator 24° Double, Primátor 21° Knight’s Lager… i tak dalej. Co więcej, w ofercie znajdziemy Primátor English Pale Ale, a także zdaje się nowość (nie uwzględniony w spisie etykiet) Primator Stout. I tutaj, warto nieco zwolnić opowieść, a nawet się z nią na chwilkę zatrzymać. To niecodzienne, że kupiłem piwo z napisem „Stout”, w supermarkecie Kaufland. I nie jest to piwo importowane, tylko rodzima produkcja.  A także – Primator to NIE jest to browar rzemieślniczy.

Primator Stout

Primator Stout

Tym samym mam nadzieję, że jesteście ciekawi jak smakuje 😉 W następnym moim poście przekonamy się chociażby czy Primator Stout zasługuje na miano Stouta, czy nie jest jakimś farbowanym Dark Lagerem. W tym celu zestawie go wraz z premium Dark Lager:  Master Tmavy.

P.S Jakiś czas później napisałem o zakupach w Czechach raz jeszcze. Zapraszam tutaj: https://birofil.com/2013/08/04/o-tym-co-warto-przywiezc-z-czech/

Smaki wakacji. A może tylko przydługi esej o czeskim piwie. I nie tylko.

Svejk

Wojak szwejk 😉

Możecie się z tym zgodzić lub nie, ale uważam, że utarło się wśród nas Polaków przekonanie, że Czesi mają dobre piwo. Do tego stopnia, że „czeskie piwko” lub „piwo z Czech” to już czasami związki frazeologiczne, których używa się aby podkreślić rangę danego złotego trunku. Potocznie rozumiemy, że „czeskie piwko” to lepsze piwko. Tak samo kiedy przekraczamy naszą południową granicę by spędzić  u Pepików weekend bądź urlop, towarzyszy nam często ta miła myśl, że siądziemy sobie gdzieś pod parasolem i wychylimy zimnego  Radegasta, Staropramena, Złotego Bażanta… myśl, od której trudno jest się opędzić. Przyznam się bez bicia, że sam też nigdy nie odmawiam sobie przywiezienia kilku butelek, gdy zdarza mi się jechać do Czeskiego Cieszyna po artykuły spożywcze, których nie ma w Polsce, a które sobie szczególnie upodobałem (plus obowiązkowy obiad na dworcu w Cieszynie – Ohnivé maso).

mythos

Wakacyjny Lager 😉

Z innej nieco beczki, niespodziewanie „stojącej” jednak niedaleko tematu z pierwszego akapitu:  miło wspominam sobie czasy, kiedy w moim mieście – Bielsku-Białej, funkcjonował jeszcze sklep „Koneser – świat piwa”.  Regularne wizyty w tym sklepie oraz pozostawiona tam spora ilość gotówki ewentualnie uczyniły mnie świadomym konsumentem piwa. Czyli takim, który posiada pewne rozeznanie jeśli chodzi o producentów, gatunki piwa oraz przykłady dobrej oraz spartaczonej roboty w tym zakresie. Oprócz fantastycznych rzeczy, które pojawiały się w asortymencie wspomnianego sklepu, co jakiś czas (jak się dowiedziałem – na specjalne życzenia klientów) pojawiały się piwa z Grecji, Chorwacji i innych zakątków, nazwijmy to „Morza Śródziemnomorskiego”.

Tak się złożyło, że ja, w poszukiwaniu swojego Złotego, piwnego Graala, raz po raz nie mogłem odmówić sobie zakupu butelki takiego „południowego” lagera, zastanawiając się przy tym jednocześnie, co myśleli sobie moi rodacy, którzy za pośrednictwem sklepu „Koneser” sprowadzali sobie lagery z Chorwacji  w cenie  6 – 8 PLN za butelkę.

ozujsko

Mamy i Chorwata 🙂

Aż pewnego razu mnie olśniło. Doznałem iluminacji, i uświadomiłem to sobie: „smaki wakacji”. To oczywiste przecież, że jeśli  opuścimy sobie na 2 tygodnie nasz szarobury kraik i już po zostawieniu walizek w hotelu,  w drodze na chorwacką plażę, w słoneczny dzień, zahaczymy o ichniejsze Tesco i zakupimy 4ropak zimnych sikaczy…  to choćby nie wiem co, będziemy potem opowiadać znajomym jak te cztery dawki  ambrozji,  to cudowne piwo było dla nas niczym strumień szczęścia rozpoczynający swój bieg na styku ust i butelki, który płynąc przez nasze spragnione podniebienie, pomagał nam  tworzyć definicję „poczucia relaksu”. Poczucia relaksu w Chorwacji ma się rozumieć. Albo w Grecji. Albo  w innym „ciepłym kraju” na który odwiedzenie,  niektórych Polaków, ewentualnie jeszcze stać.

good-soldier-svejk

I jeszcze raz: Szwejk.

„Lagery z ciepłych krajów” nigdy nie pojawiały się  w sklepie Koneser dwa razy.  Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu amatorzy tych trunków nie mogli się  doszukać w nich tego specyficznego „czegoś”, tej zajebistości lipca bądź sierpnia, tego „smaku wakacji”.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania ciekawi mnie na ile w tej naszej polskiej – czeskiej fascynacji,  pierwiastka „smaku wakacji”. Tego samego, jakiego próbowali się doszukać niektórzy bielszczanie sprowadzając sobie lagery z Chorwacji. Na ile czeski Svetly Lezak rzeczywiście odstawia piwa z Polski. Oczywiście swoje zdanie na ten temat posiadam. Mimo to jednak ciekaw jestem jak wypadałyby blind testy, gdyby odwiedziło się kilka popularnych knajp w Bielsku, gdzie leje się ŻywcoTyskiegoLecha. I porównano by w takiej knajpie polskie piwo wyszynkowe do Svetlego Lezaka prosząc jednocześnie przeciętnego kipera o wskazanie „piwa lepszego”.  Mogłoby by być ciekawie.