O tym co warto przywieźć z Czech

Nie przypuszczałem, że moja beletrystyka na temat czeskich Svetlych Lezaków, nagoni mi tylu zwiedzających. Przypuszczam, że najwięcej do powiedzenia miał tutaj tytuł posta (zaczynający się od „Co warto przywieźć…”). No i oczywiście Google.

Pamiętam, że przed  wyjazdem do Londynu raz zapytałem wujka Google o coś podobnego. Wpisałem w wyszukiwarkę „co warto przywieźć z Anglii” i moim oczom ukazał się indeks Polaków, chcących dorobić sie przy okazji, jakiejś tam podróży na wyspy i z powrotem. Przewijały się te same pytania: „o to co jest tańsze”, „czy warto kupować elektronikę?”, „ceny Ipadów w UK? „.  Tylko jeden post był interesujący z punktu widzenia turysty –  kogoś kto chciał trochę poznać inna kulturę, odkryć i spróbować czegoś nowego. Dzięki temu wygrzebanemu postowi (niczym perle w beczce gnoju) wiedziałem, że chce spróbować Bovril i Marmite,  a także należy kupić konfitury Wilkin & Sons,  Chipsy z octem, HP Brown Sauce, Ciastka Triffle, likier Pimm’s i jedną z poniższych whiskey/mocniejszych alkoholi:  Southern Comfort, Lagawulin, Talisker czy Oban. zal przy siatce

Tak więc, jeśli trafiłeś tutaj dlatego, że chcesz coś kupić w Czechach w ilościach hurtowych, by potem posprzedawać z zyskiem swoim znajomym, rodzinie, czy na bazarku w swojej wsi, to możesz już dalej nie czytać.

Ba! zachęcam Cię nawet do zamknięcia tego okna przeglądarki internetowej. Mam do Ciebie uraz za to, że o mało co, a nie spróbowałbym marmolady z pomarańczy od Wilkin & Sons, bo zastanawiałeś  się razem z resztą polaczków-dorobkiewiczów, jaką wersję Iphone’a przywieźć, zachwaszczając kilka stron wyszukiwania w Google.

Mini przewodnik, o tym co warto kupić w Czechach, jest podróżą z wózkiem między półkami czeskiego supermarketu. Jest bardzo subiektywnym spojrzeniem na czeskie jedzenie i napoje. Jest to perspektywa kogoś kto przez wiele lat niemal każde wakacje spędzał za czeską(i słowacką) granicą, lub po prostu jeździł tam na zakupy (do Czeskiego Cieszyna mam około 40 km). Czesi (i Słowacy) mają w sklepach kilka fantastycznych rzeczy, których próżno szukać u nas. Wybrane pozycje postaram się opisać.

Słodycze

Zacznijmy od słodkości. W dużej mierze znajdziemy ten sam stuff, jaki śmiało kupilibyśmy w Polsce. Jednak każdy kraj ma swoje „Prince Polo”. Skupię się właśnie na takich produktach, obecnych na czeskim rynku przez lata albo na takich, które się Czechom po prostu generalnie udały. Oto lista:

  • Fidorki – to okrągłe wafelki w różnych smakach.Studentska
  • Lentilki – takie czeskie M&Ms
  • Horalky – wafelki dostępne również w Polsce. Mnie do gustu najbardziej przypadły te o smaku  orzechowym.
  • Studentska. Jedynie słuszna czekolada, jaką można kupić w Czechach. To co wyróżnia studencką od innych czekolad z bakaliami, to zanurzone w niej galaretki o nieregularnych kształtach i wielkościach. Bywa, że można trafić na sezonowe smaki np. Studentska żurawinowa albo gruszkowa.
  • Ledové Kaštany – mnie nigdy specjalnie nie przypadły do gustu. Są jednak niezwykle popularne, a poza tym zauważyłem ciekawą rzecz. Mianowicie często zdarza się, że w supermarkecie np. na stoisku z piwem znajdziemy wieszak z chipsami;  na stoisku z mięsem, obok zestawów na grilla także przyprawy, a także… piwo. I tak dalej. Pewne rzeczy po prostu  idą ze sobą w parze, a pracownicy supermarketu ogarniający layout sklepu, są dla nas niezwykle mili, i tak układają niektóre stoiska, żebyśmy się nie musieli specjalnie nachodzić. Tym samym na stoisku z nabiałem (szczególnie z jogurtami) czasami można znaleźć takie wieszaki / półki z Ledovymi Kasztanami, co sugeruje, że spożywaniu jogurtów ma się w pewnej symbiozie ze spożywaniem Ledovych Kasztanów. Ledove Kasztany
  • Banány v Cokolade. Galaretka o smaku banana oblana czekoladą. Genialne i proste.
  • Kočičí jazýčky (Kocie języki).

Wypisałem co najważniejsze, pewien rodzynek zostawiając sobie na końcu. Tym specjałem jest ciasto czekoladowe „Chocotorta„, by Blue Brand.  Jeśli chcemy zabłysnąć podczas mniej lub bardziej niezapowiedzianej wizyty znajomych w naszym lokum , to Chocotorta sprawdzi się idealnie. Po pierwsze: jest dobra. Po drugie: to ciasto,  w dodatku czekoladowe. A powszechnie wiadomym jest, że godnie jest podejmować gości ciastem, w dodatku czekoladowym.Chocotorta

Po trzecie, ma półroczny termin ważności (a co zabawne – zalecenia producenta mówią o „temperaturze pokojowej”). Musicie przyznać, że nie byle jaka to „trwałość”. Chocotorta  napewno będzie miało szansę doczekać niespodziewanej wizyty znajomych. Jedynie nie wspominajcie im o tym „plusie”. Zresztą na co dzień pewnie jedzą, tak jak ja i Ty, sporo podobnego napakowanego konserwantami stuffu, po prostu nie myśląc o tym jakoś specjalnie i wszystko jest ok.  Każdy wie, że chipsy nie są specjalnie zdrowie, co nie przeszkadza nam ich pochłaniać w sporych ilościach.

Wędliny

Czesi mają spory wybór podsuszanych, pikantnych/paprykowych kiełbasek, a także kiełbas typu „salami”. Nie sposób zrobić zakupy w Czechach, nie ściągając z półki opakowania Budapešťská‚iej, Madarská‚skiej czy innej tego typu kiełbaski, która niemalże się do nas uśmiecha, kiedy suniemy z koszykiem przez Kaufland/Billę/Tesco. Dobra, przynajmniej ja nie potrafię. Do moich faworytów należą Jelení klobása oraz Broska klobasa, które zazwyczaj przygotowuję gotując.

Dalej warto wspomnieć, że w Czechach raczej nietrudno dostać golonkę przez duże G, czyli taką „mocno ponad kilową”, wypełniająca razem z kapustką cały gar. Mniam, mniam. Jeśli masz dość „wypierdków” jakie można dostać u nas w sklepach, można się choćby udać na rynek w Czeskim Cieszynie. Jest tam mięsny, który sprzedaje golonkę w słusznych rozmiarach i w dobrej cenie. Pieczeń

Jako że umieszczam tego posta na blogu o piwie, a jesteśmy przy wędlinach, to nie sposób nie wspomnieć o Utopencach i Spekacky‚ach. Różnica? Zaryzykuję stwierdzenie, że w obu przypadkach mamy do czynienia z kiełbaskami a’la Serdelki, jednak Utopence serwowane są w marynacie. Świetna przekąska, nie tylko do piwa. I aby uniknąć hejta w komentarzach, nazwy „serdelków” użyłem tutaj  jedynie na wyrost. Jeśli przekroicie  „spiekaczkę” albo „utopenca” zauważycie dość spore, jednolite „oka” z tłuszczu. Prawdziwa „spiekczaczka” bowiem zawiera w sobie kawałki słoniny. Zarówno Utopence czy Spiekaczki, odpowiednio przyrządzone, potrafią być wyborne. A jeśli ktoś chce poczuć się jak w Czechach, a wybiera się np. do Bielska-Białej, to polecam Piwnicę Zamkową, gdzie można sobie Utopence zamówić  do piwka, wraz z innymi świetnymi Tapas.

Napoje i alkohol

Piwka już opisałem i regularnie opisuję na swoim blogu. Zainteresowanych odsyłam między innymi tutaj.

Kofola

KofolaNie wiem do czego porównać mógł bym Kofolę. Do Polo Cockty? Ciekawe ilu z spośród ludzi, którzy to przeczytają pamięta jeszcze taki specyfik. W każdym bądź razie Kofola w Czechach żyje i ma się dobrze. Jest to napój coca-cola podobny, jednak w odróżnieniu naszej coli ma profil „ziołowy”. Jest nawet wersja „extra bylinkova” dla tych, którzy szczególnie upodobali sobie ten smak.Kofola

Ponieważ, spragnieni okazji i szukający bazarkowych hitów, przestali czytać już tego blog posta, mogę wtrącić jedyną przydatną im informację: alkohol w Czechach jest generalnie droższy niż w Polsce. Może z wyjątkiem piw (które za podobną cenę są po prostu lepsze), nie zaoszczedzimy specjalnie kupując alkohol w Czechach. Tak czy inaczej nie jestem fanem wysokoprocentowych alkoholi i pisanie „którą wódkę warto kupić” wydaje mi się słabe, jednak o dwóch rzeczach jednak napisać po prostu muszę. Jest to Stock Fernet oraz Absynt. Ale po kolei.

Stock Fernet

Wodka w plastikowym kielieszku

Czterdziestki wódki są wystawiane jak gumy do żucia, zapalniczki, prezerwatywy i inne drobiazgi, które można kupić przy kasie. Urocze 😉

Kosztuje od 99 do 159 CZK (ta pierwsza cena to najlepsza promocja, na jaką udało mi się trafić. Co fajne w Czechach, zauważyłem, że promocję (Akce!) są tam przez duże „P”. Obniżki są sensowne, realne). Stock Fernet to wódka ziołowa. Wieść niesie, że receptura Ferneta sięga czasów przedwojennych, gdzie oryginalnie była to wódka ziołowa -lekarstwo na grypę żołądkową. Zioła potrzebne do wyprodukowania tej wódki były importowane z terenów całej Europy (głowy nie daję, ale chyba nie tylko). W skrócie: potem nastała czerwona kurtyna i było generalnie źle, ale recepturę udało się odtworzyć. Stock Fernet to dobra, ziołowa, wytrawna wódka. Poprawcie mnie, ale nie ma polskiego odpowiednika.

Był Stock, to teraz kolej na Absynt. I czas na minutę ciszy dla uczczenia głupoty Polaków, którzy nawet jeżdżą specjalnie do Czech po Absynt i kupują 60-80%(sic!) mixy/destylaty o smaku mięty, rajcując się niewiadomo czym. „Bo ryje beret” albo ktoś tam powiedział, że prawdziwy Absynt można teraz dostać jedynie w Czechach. Lub cokolwiek.czeski Absinthe

Here is the deal: wszędzie można dać się zrobić w jajko, wszędzie znajdziecie kogoś liczącego na Waszą łatwowierność.  Podniecanie się dużym stężeniem alkoholu jest jednym słowem „niemądre”. Alkohol „smakowy”, powyżej powiedzmy 50% stężenia zaczyna powoli tracić sens ponieważ paraliżuje kubki smakowe. Oryginalny rytuał Absinthe zakłada rozcieńczanie Absyntu wodą w stosunku 1/3 lub 1/5. Tylko debile „kupują jak najmocniejszy” i piją go „as it is„. Co musiało zostać powiedziane, zostało powiedziane.

Oczywiście zrobiłem poglądowe zdjęcie „półki z Absyntem”. Znajdziecie na niej sporo bullshitu. Jeśli ktoś jest zbyt leniwy, aby zrobić research i szuka po prostu wrażeń, niech weźmie butelkę z wysokim stężeniem Thujonu.  Co prawda gdyby to stężenie miało robić jakąkolwiek różnicę i tak nie zostałoby dopuszczone do handlu na terenie EU, ale co tam, lepsze to niż spirytus rozrobiony z miętowym sokiem.

czeski Absinthe czeski Absinthe

Jeśli ktoś jednak chciałby zgłębić temat, to punktem zaczepienia powinno być ogarnięcie różnicy pomiędzy stylem francuskim / szwajcarskim (Absinthe) oraz czeskim, określanym także mianem „Bohemian” (Absinth). Patrząc na sfotografowaną półkę w Tesco, poszukiwaczom mogę polecić Metelka Absinthe Verdoyante.

Sery

Do dowcipów z najdłuższą brodą zaliczam ten, w którym mój tata woła mnie w czeskim supermarkecie stojąc przy lodówce z nabiałem: „Chodź, coś Ci pokażę!”. Oczywiście, wiem co chce mi pokazać – chce mi pokazać „śmierdzące serki”.  Dowcip zdążył się zestarzeć, ponieważ tak jest zawsze, kiedy jedziemy do Czech na zakupy.

Słowacki parzony ser  Olomunckie twarożkiPewnego razu jednak zapytałem ojca, czy do końca życia będzie się naśmiewał z tych serków nie wiedząc jak smakują I z przekory włożyłem opakowanie Olomoucké tvarôžky do koszyka.  Okazały sie bardzo łagodne i smaczne, co więcej, zachęciły do dalszych eksperymentów.

Najbardziej intensywny ze wszystkich okazał się być ser piwny -Jarošovský Pivný Sýr. Jest to rodzaj zakąski jaką możemy czasami zamówić w knajpie u naszych południowych sąsiadów. I tak, w zależności od knajpy, różnie nam ją podadzą, ale cechą wspólną będzie to, że ten dość tłusty serek będzie polany i wymieszany z piwem. Potem można np. rozsmarować go na chlebie.

Na koniec „serów” zostawiłem sobie klasykę gatunku, czyli Korbačiky (Pařený sýr). Są to dostępne od jakiegoś czasu szerzej i w Polsce warkocze serowe. Idealna zakąska do piwa (raz, że świetnie sie komponują, a dwa – są tłuste, a wiec uczestniczą w metabolizmie alkoholu i sprzyjają degustacji 😉 ). Można kupić parzone, wędzone, z przyprawami, i tak dalej. Myślę, że Michał Kopik, na pewno znalazłby w tej kwestii coś dobrego dla siebie.pivny syr

Pieczywo i inne

Gdy opadła żelazna kurtyna w Polsce, często na giełdach i bazarach można było kupić przekąskę – powiew Zachodu – w postaci hot-doga sprzedawanego prosto z Syrenki Bosto co bardziej przedsiębiorczego Polaka. Hot-dog, czyli paluch z musztardą i parówką. Czesi natomiast nie mają(tzn teraz jest wszystko, ale nie jest to mainstream) w sklepach czegoś, co my Polacy nazwalibyśmy „klasyczną bułką typu paluch”. Mają za to Rohliki. Tym samym zamiast hot-dogów, za południową granicą jadło się „Rohlik z parkiem” (czyli Rohlik z parówką).

Czeskie buchticky

Rohlik to taki mniejszy, smuklejszy paluch, niewiele szerszy od parówki. Nie wiedzieć czemu, idealnie przystosowany do pochłaniania Pomazankowego Masła, z którym tworzy mordercze combo (dla każdej diety, chociażby). Pomazankowe Masło z kolei to coś pomiędzy margaryną, a serkiem do smarowania chleba. Polecam szczególnie to uwiecznione na zdjęciu. A przy okazji wizyty na stoisku z pieczywem warto zainteresować się buchtami – České buchtičky (z serem albo marmoladą)

Pomazankowe masło

W Czechach kupimy także tanią musztardę, sprzedawaną w niepozornych opakowania, po około 5 – 7 CZK za sztukę. Jest całkiem ok, od polskich musztard różni się głównie tym, że zawiera zmielone ziarna gorczycy. Mnie szczególnie do gustu przypadła trochę droższa musztarda paprykowa od Snico hořčice. Będąc w Czechach warto też zakupić parę torebek zupy gulaszowej (made by Vitana). Niby  tylko zupa z torebki, ale z jakiegoś powodu, Czesi robią ją lepiej i można użyć jej jako bazy do ugotowania naprawdę smacznej zupy w stylu węgierskim. Gulaszowa polevka

Sałatki

Sałatki w plastikowych opakowania 100-200 gram. Polski horror „jedzenia kupowanego do pracy”. Jeszcze mi się nie udało zakupić w Polsce sałatki, takiej na majonezie, przeznaczonej do „zaspokojenia głodu”, która byłaby chociaż więcej niż ewentualnie jadalna. Tym samym robiąc zakupy w czeskim supermarkecie bardzo łatwo jest pominąć lodówkę z sałatkami. Bo przecież nie są jadalne, prawda?

Parizsky Salat, Mexicky Salat, Diabelski Salat to moje ulubione. A szczególnie ten pierwszy to klasyka gatunku. Pamiętam jeszcze czasy Czeskoslovensko, kiedy rodzicie stołowali się w ichniejszych bufetach. Bufety przypominały dzisiejsze „Deka-Smak”, gdzie kładło się na talerz to co na co się miało ochotę. Końcowy zestaw składał się często z paru rohlików, chochli paryzskiego salatu i zimnego kotleta w panierce.  Dzisiaj oczywiście można kupić sałatki bez problemu w sklepie, pakowane w plastikowe opakowania.

Czeskie sałatki i galaretkiCzeskie sałatki i galaretki

Wcześniej wymieniłem moje top 3. Reszta sałatek też jest ok. Za chybione uważam jedynie Rybi Salat oraz Hermelinowy Salat. Ten pierwszy to zazwyczaj pasta rybna w kiepskim wydaniu. Ta druga to sałatka o smaku serka pleśniowego. Nie podeszła mi wcale. Niedaleko sałatek znajdziemy także przepyszne galaretki („zawitki” 😉 ). Pozycja obowiązkowa. Próbowałem znaleźć coś podobnego w Polsce, jednakże bez zadowalających rezultatów. Widocznie Czesi lubują się w takich przystawkach, bo można znaleźć ich przeróżne rodzaje. Mnie najbardziej smakują te najprostsze:  masa kremowo-chrzanowa zawinięta w plasterek szynki, otoczona jajkiem i ogórkiem konserwowym. I to wszystko zalane galaretką.  Czeskie sałatki i galaretki

Zakończenie

Po głowie kołacze mi jeszcze taki mały follow-up do powyższej przydługiej rozprawki na temat „co warto kupić w Czechach” – opisać kilka knajpek fajnych  w Czechach, które warto odwiedzić. Albo sprzedać „plan” na ciekawą, jednodniową wycieczkę. Gdyby ktoś był zainteresowany takim postem – dajcie znać.

Reklamy

Rafipa. Sicut!

W pewien piękny, „premierowy” dzień wybrałem się do Piwnicy Zamkowej. Przy barze siedział już mój kolega Jędrzej, który na mój widok uśmiechnął się podejrzliwie. „I jak?” – zapytałem. „Zobaczysz” – Jędrzej wziął głębszy łyk, przewracając oczyma. Wredny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Tak więc kupiłem i… „zobaczyłem”. Wkrótce potem zawiązaliśmy nieformalną „Lożę Szyderców”. Może nie wszystkim to sie podobało, ale nie ma co, bawiliśmy się świetnie.IMAG0606 (Large)

Anyways, dzięki uprzejmości właściciela Piwnicy Zamkowej, miałem okazję poznać właściciela browaru Sachsenberg, Pana Jarosłava Raszyka. Przy okazji rozmowy z Panem Jarosłavem Raszykiem, (który okazał się być przemiłą osobą. Takim „typowym”, pozytywnie nastawionym do życia Czechem, z dystansem podchodzącym do tego co robi, czego niestety nam Polakom trochę brakuje) poznałem fantastyczną historią dotyczącą pozyskania przepisu i w ogóle uwarzenia tego piwka.

Otóż podobnie jak w powojennej Polsce, Czescy piloci broniący angielskiego wybrzeża podczas bitwy o Anglię, nie wrócili do swojego ojczystego kraju jako bohaterzy. Jednak gdy czerwony ustrój przeminął, słusznie się stało, że my i Czesi zaczęliśmy przypominać sobie o naszych wspaniałych pilotach.

A Ci z bohaterów, którzy mieli to szczęście dożyć sędziwego wieku, zaczęli nam opowiadać swoje historie. Okazało się, że Czesi oprócz chęci zrewanżowania się w powietrzu Niemcom, do Anglii zabrali także ze sobą kilka pasji, w tym także pasję do picia piwa. I warzenia piwa, oczywiście.

Do Piwa wiele szczęścia nie potrzeba. Wystarczy duży garnek, palnik i surowce, które są relatywnie tanie i dostępne. Oraz umiejętności oczywiście, które Czesi posiadali. Na styku dwóch kultur piwnych, czeskiej i angielskiej, pojawiały się siłą rzeczy „interpretacje” łączące obie te tradycje.

Rafipa jest właśnie takim wspomnieniem czeskich pilotów, którzy zapewne po raz pierwszy mieli okazję zetknięcia się z angielskim India Pale Ale, właśnie przy okazji pilotowania brytyjskich Hurricane.

Jednocześnie, tak jak powiedział mi Pan Jaroslav, wiele podyktowane zostało gustem konsumenta. Jakkolwiek Czesi mogą być nieco bardzie wyrobieni niż Polacy, jako przedsiębiorca zechcesz raczej uwarzyć piwo, które trafi w podniebienia kupującego. Nie inaczej powstała Rafipa – pod taki właśnie gust.

IMAG0607 (Large)IMAG0608 (Large)IMAG0609 (Large)

Sachsenberg RAF IPA.

Piana: Bardzo, bardzo bujna i raczej drobna. Trwała. Jasnobeżowa.

Barwa: Na początku miedziane, opalizujące, po zlaniu całej butelki, razem z osadem drożdży bardzo mętne, błotniste.

Zapach: Słodowy. Da się wyczuć zapach bananów, charakterystyczny przede wszystkim dla piw pszenicznych. Tutaj widać drożdże naprodukowały go wyjątkowo dużo. W zapachu czuć także, charakterystyczny dla chmielu Żateckiego aromat, korzenno-ziołowy, trochę ziemisty(ja nazywam go zatęchłym), przykryty niestety aromatami słodów oraz banana. W połączeniu, momentami jest bardzo owocowo. Proponuje na początku zlać tylko 1/4 do szklanki i chwilę poczekać – wtedy aromat chmielu jest łatwiej dostrzegalny. Pachnie lepiej niż wersja lana.

Smak: Zacznę od końca, od aftertaste. Gorycz jest intensywna, wręcz zalegająca, taka  jak po zjedzeniu skórki od grejpfruta.  Jest tylko delikatnie skontrowana słodowością, która z kolei przecież tak dominuje zapach. Słodowości, towarzyszy „ściągające uczucie”. Ciężko mi  to wytłumaczyć samym IBU (deklarowane 60, dla porównania Atak Chmielu ma 58), szczególnie, że piwo posiada „pełne” body. Sugestia może tkwić w „PLATO 17 OBJ °. ALK. 7,3%” i wydaje mi się, że piwo, aby osiągnąć te 17 stopni było ciut za długo wysładzane. Dlatego obecne w piwie garbniki potęgują te 60 IBU, a tym samym  odczuwalność chmielu jest spotęgowana. Hop-headzi będą zachwyceni. Piwo jest gęste, pełne i bardzo mocno wysycone. Dlatego też polecam raczej szklankę jak do Weizena, albo taką jaką wypuściła Pinta/można spotkać w angielskich Pubach,  także by lepiej odgazować piwo. Tzw. Snifter to raczej zły pomysł.

IMAG0611 (Large)IMAG0612 (Large)IMAG0614 (Large)

Pijalność aka ogólna zajebistość:  Piwko butelkowe okazało się lepsze w zapachu, a gorsze w smaku niż wersja beczkowa.”Idzie w głowę” i z pewnością jest jedyne w swoim rodzaju, w pełni zasługując na moją, odrobinę prześmiewczą nazwę gatunku: „Rafipa”. Rafipa, która przeciera szlak, dla ewentualnych followerów. Jeśli zapomnimy na chwilę o stylu piwa, jest ono całkiem pijalne, w szczególności, gdy w trakcie degustacji można poznać ciekawe osoby, do jakich niewątpliwie zalicza się właściciel browaru Sachsenberg, Pan Jaroslav.

Głównym problemem, oprócz nierówności piwa pomiędzy wersjami beczkową, a butelkową(a nawet pomiędzy butelka, a butelką. Otworzyłem trzy, każda miała inną zawartość. Oceniłem więc tą najbardziej podobną do wersji lanej 😉 ), jest nazewnictwo. Piwo ma z IPA niewiele wspólnego, i z pewnością nie powinno być ochrzczone w ten sposób. Bardziej, na etykiecie powinna znaleźć się adnotacja w stylu „It’s India Pale Ale. Just as Czech RAF pilots seen it”. Back in 1941, when they, with Polish friends, fought together to save United Kingdom.

Kmicic poszedł na L4. Primator Stout.

Primator Stout oraz Master Tmavy

Primator Stout oraz Master Tmavy

Mam skłonność do bycia Sienkiewiczem. To co wychodzi mi spod klawiaturowego pióra, jest często (w moim mniemaniu)  zgrabnie zaplanowane jako kompozycja „większego czegoś”. Więc na początku były sobie dywagacje na temat Smaków Wakacji gdzie bardzo zręcznie (w moim mniemaniu) wplotłem wątek czeski, by następnie, w następnym przydługim poście go rozwinąć i w końcu, spuentować w trzeciej części trylogii, gdzie pojedynkować się będą Master Tmavy z Primator Stoutem, niczym Wołodyjowski z Kmicicem.

W porę jednak (w moim mniemaniu) zmiarkowałem, że pisząc trzecią część zupełnie bez polotu (bo wypada po pierwszej i drugiej; jestem już tematem zmęczony, a poza tym to obiecałem blabla…) skrzywdziłbym jedynie siebie i ewentualnie paru swoich znajomych, którzy klikają i czytają moje wypociny 😉 Odłożyłem więc napisanie mojego „Pana Wołodyjowskiego” na później.

Jednak jako człowiek słowny i konsekwentny, nie mogę tak po prostu zapomnieć o sprawie. Sami wiecie, chcę mieć to z głowy. By uniknąć Waszego zawodu, na wstępie powiem, że w mojej opowieści Kmicic poszedł na L4. Nie będzie go. Master Tmavy jest piwem poprawnym, może trochę zbyt wysyconym jak na mój gust, ale pomijając kilka uwag odnośnie zapachu, szkoda o nim pisać.

Primator Stout.

Piana:  Po nalaniu bardzo drobna, potem mniejsze pęcherze tworzą większe. Warstwa piany powoli opada tworząc cieniutką warstewkę i gdzieniegdzie wysepki piany. Kolor beżowy przechodzący w brąz.

Barwa: Czarny, nieprzejrzysty.

Prmiator Stout

Prmiator Stout

Zapach:  Palony słód, trochę owsianki, smażony, przypalony ziemniak. Da się wyczuć alkohol, ale nie bije on po nosie.

Smak: Lekka kwaskowatość bocka i dość ostra, chmielowo-zbożowa i przyjemna gorycz na finiszu. Wysycenie: nie za dużo, nie za mało. Idealnie. Początkowo bardzo wytrawny, wraz z upływem „łyków” – a najprawdopodobniej wraz z ulatniającym się gazem i „temperaturą”, bardziej łagodny, mleczny, kremowy.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Ze względu na smak oraz after taste nasuwa skojarzenia z bardzo przyzwoitym Barney Flats, z Anderson Valley Brewing Company. Primator Stout to pijalne sesyjne piwo, kosztujące 19,90CZK w Kauflandzie w Czeskim Cieszynie.

Co warto przywieźć wracając z wyprawy łupieżczej zza południowej granicy?

W ostatnim swoim poście opisałem jak „wakacyjna” aura może przekładać się na smak tego co pijemy.  Było też o czeskich piwach, tak dość ogólnie, bo nie padły żadne nazwy. Z tego powodu postanowiłem napisać coś dla kogoś kto wybrałby się do Czech i akurat słońce by nie dopisało. Smak świadomie wybranego piwa ten mankament niepogody, nadrobi.  Ale zanim zacznę nobilitować bądź strącać w czeluście piekieł kolejne czeskie browary, najpierw: tradycyjny, nudny i przydługi wstęp, który tak bardzo kochacie 😀

Samson 1795

Samson 1795

Frist thing first, wyprawa do Czech to nie wyprawa po Złote Runo. Samo przekroczenie granicy nie zmieni praw rynkowych, gdzie konsument kupując jakiś produkt patrzy często przede wszystkim na cenę. Ta cena z kolei dyktuje jak piwo dla takiego konsumenta jest robione. Nie należy wspinać się ze swoimi oczekiwaniami na Mt. Everest, gdyż moim nieskromnym zdaniem znakomita większość czeskiego piwa jest tylko najwyżej poprawnie przeciętna. Niemal każde czeskie piwo jest do siebie bardzo podobne, a wspólnym mianownikiem jest coś co określiłbym mianem „czeskiej szkoły chmielenia piwa”. Chodzi mi o ten trochę zatęchły, „duszny” posmak chmielenia, tak charakterystyczny dla piwa z Czech.  Zwyczajnie, najpewniej Czesi mają pod tym względem inne gusta niż Polacy i nie inaczej ma to odzwierciedlenie w tym charakterystycznym lekko goryczkowym posmaku , jaki  można odnaleźć w wielu piwach zza południowej granicy.  Ot, cała magia i bynajmniej nie używałem w tym kontekście wyrażeń pejoratywnych. Po prostu, taka jest specyfika tego piwa.

Nie mniej jednak, jeśli chodzi o czeskie piwa to bardzo podoba mi się fakt eksponowania informacji na etykiecie na temat zawartości ekstraktu w piwie. Nierzadko widzimy więc pisane „dużą czcionką” 10°, 11°, 12°, 14°, 16° i tak dalej. Fajna sprawa, bo już na wstępie daje nam to pewien ogląd na temat zawartości samej butelki.  W Polsce, jeśli się coś eksponuje to niestety raczej zawartość alkoholu. Podoba mi się jeszcze jedna rzecz u naszych południowych sąsiadów:  nie trzeba w Czechach szukać żadnego „świata alkoholi” z bardziej niszowym piwem, aby móc sobie ściągnąć z półki coś innego niż oklepane „jasne pełne”.  Nie ma szału, ale jest o wiele lepiej niż w Polsce, gdzie często uzupełnia się monotonny asortyment piwem z Litwy, Ukrainy, Rosji, Czech.

Holba Šerák

Holba Šerák

A zatem, co warto przywieźć  z Czech?  Zanim się na ten temat rozpisze wypadałoby na początek powiedzieć parę słów o realiach. Wygląda to tak, iż jeśli nie trafimy przypadkiem na lokalną inkarnację „Koneser – świat piwa” przyjdzie nam najpewniej dokonywać zakupów w Billi albo w Kauflandzie – popularnych sieciach supermarketów w Czechach. Tym samym nie znajdziemy tam piw z browarów Kocour, Matuška czy innych producentów  tworzących ambitne piwo. Będzie to mainstream. Tak jak pisałem we wstępie, nie nakręcajmy oczekiwań.

Zacznijmy nieco kontrowersyjnie, bo od odesłania do pierwszej lepszej recenzji piwa Samson 1795 znalezionej w Internecie. Jeśli chciało się wam otworzyć link, to mogliście zobaczyć, że Samson jak widać: może smakować. Mając ten dość istotny niuans na uwadze, zaserwuję Wam teraz najlepsze: w Tesco, jeśli mnie pamięć nie myli, można kupić Samsona za około 3,5PLN. Za bardzo nie odbiega chyba od ceny Heinekena czy Carlsberga.  Co jednak zabawne, w czeskim Kauflandzie ta sama butelka kosztuje 9,90CZK(sic!). I jakby tego było mało, niedawno w promocji  zauważyłem Samsona po 5,90CZK. Tak, zgadza się.  To niecała złotówka.  Tym samym stwierdzenie, ze życie potrafi być °przewrotne° nabiera w tym przypadku nowej głębi, którą poznacie po degustacji piwa za złotówkę, nabytego w polskiej sieciówce. Fuck yeah, nie przewróćcie się.

Podobnie ma się sprawa z dostępną w Polsce, a nagradzaną w samych Czechach Holbą, którą w Kauflandzie nabędziemy za około 12,5CZK, a polskim „dużym” Tesco za niecałe 5 pln.  Pomijając Samsona 1795, który może być nieco dyskusyjny, Holbę  mogę już bez oporów polecić. A w szczególności Holbę Šerák.  Co ciekawe browar z Hanušovic może pochwalić się stroną internetową również wersji w języku polskim.  Warto poklikać.

Ježek

Ježek

Okej. Mamy więc już dwa piwka, co do smaku których możecie się przekonać,  nawet jeśli nie mieszkacie niedaleko granicy z Czechami. Wystarczy Tesco, najlepiej to w wersji „hiper”, gdzie jest nieco większy asortyment. Po resztę trzeba się już niestety pofatygować, lub wygrzebać w ofercie jakiegoś sklepu internetowego.

Trzecia pozycja na mojej liście to Ježek. Bardzo niepozorne piwo sądząc chociażby po etykiecie oraz zawartości ekstraktu – niby tylko „jedenastka”. Tym większe napotkacie zaskoczenie po rozpoczęciu degustacji.  To co urzekło mnie w tym piwie to fakt, że w przeciwieństwie do swoich wielu braci z gatunku svetly leżak, Ježek  NIE JEST piwem płaskim, jednowymiarowym. Ten fakt przesądza też o niesamowitej pijalności. Mógłbym użyć wielu porównań do innych marek / gatunków, ale ponieważ już siedzimy w czeskich klimatach… jeśli zamówicie Pilsnera Urquella  w dobrej restauracji (czytaj: gdzie będą mieli dobrą beczkę) będziecie mogli doświadczyć podobnej harmonii goryczy chmielu kontrowanej słodem, co pijąc „Jeżyka”. Ježeka niestety nie spotkałem „luzem” na półce w Billi / Kaufland , ale wchodzi w skład zestawów Cesta pivních znalců” dostępnych oczywiście we wspomnianych wcześniej sieciówkach. W Polsce dostępny także między innymi w Piwotece.

Cesta pivních znalců

Cesta pivních znalců

Punkt czwarty to właśnie CPZ.  „Cesta pivních znalců” można przetłumaczyć jako „koneserzy piwa”.  To zdaje się inicjatywa mniejszych browarów, która powstała po to by zaistnieć w świadomości konsumentów, i tym samym otworzyć sobie drogę do konkurowania z nimi.  Za cenę 100 – 130 koron otrzymujemy siedem różnych piw w gustownym kartonowym opakowaniu, które zostały dobrane ze sobą, ze względu na jakąś wspólną cechę,  np. typ użytych drożdży, jęczmienia, kolor, wysycenie i tak dalej.  Dla kogoś kto ciągle „poszukuje”, taki zestaw to fantastyczna sprawa.

Na koniec zostawiłem sobie Primatora, z browaru Náchod. Primator to świetny przykład na to, że nie potrzeba znowu tak wiele aby zróżnicować swój produkt, dzięki czemu można zaoferować coś przystępnego dla szerszej grupy odbiorców. Albo… trafić na mój blog (nie wchodząc w szczegóły jakiej rangi jest to obecnie zaszczyt 😉 Zostawiając tą dygresję na boku znalazłem użyteczną stronę gdzie znajdziemy trochę etykiet Primatora wraz z opisem piwa, w języku angielsku.

Jak widzicie, nawet Lager nie musi być nudny. Primator 16° Exclusiv, Primator 24° Double, Primátor 21° Knight’s Lager… i tak dalej. Co więcej, w ofercie znajdziemy Primátor English Pale Ale, a także zdaje się nowość (nie uwzględniony w spisie etykiet) Primator Stout. I tutaj, warto nieco zwolnić opowieść, a nawet się z nią na chwilkę zatrzymać. To niecodzienne, że kupiłem piwo z napisem „Stout”, w supermarkecie Kaufland. I nie jest to piwo importowane, tylko rodzima produkcja.  A także – Primator to NIE jest to browar rzemieślniczy.

Primator Stout

Primator Stout

Tym samym mam nadzieję, że jesteście ciekawi jak smakuje 😉 W następnym moim poście przekonamy się chociażby czy Primator Stout zasługuje na miano Stouta, czy nie jest jakimś farbowanym Dark Lagerem. W tym celu zestawie go wraz z premium Dark Lager:  Master Tmavy.

P.S Jakiś czas później napisałem o zakupach w Czechach raz jeszcze. Zapraszam tutaj: https://birofil.com/2013/08/04/o-tym-co-warto-przywiezc-z-czech/