Współczesny gruit. Rhub’ IPA

W zeszłym odcinku… rozpisałem się co nieco na temat gruitu – piwa, które zamiast chmielu, przyprawiane jest mieszanką ziołową, a którego warzenie było z różnych względów bardzo popularne w Średniowieczu. Nøgne Ø Rhub’IPA

Dzisiaj opowiem nieco o ‚współczesnym’ gruicie, jakim jest piwo uwarzone z ‚dodatkiem’ albo najlepiej z ‚dodatkami’. Otóż mieszanki ziołowe nie powróciły do mainstreamu po udanej, amerykańskiej rewolucji piwnej. Gdy mikro-browary w USA uwarzyły już najbardziej chmieloną IPĘ, najmocniejszego Imperialnego Stouta, bardziej niż niemieckiego Gose czy Kölsha, a nawet piwo bardziej wytrawne i kwaśne niż te z Flandrii, to aby przyciągnąć klienta czymś czego jeszcze wcześniej nie było, browarom zostało jedynie warzenie piwa z wkładem.

A zatem mamy:

  • Bacon Maple Ale od Rouge’a. Warzone z dodatkiem syropu klonowego oraz bekonu wędzonego drewnem z jabłoni.
  • Orkiszowe z czosnkiem uwarzone przez browar Kormoran.
  • Piwo uwarzone z użyciem 200000 letniej wody z lodowca – Ice Fjord Lager.
  • Piwo z dodatkiem wodorostów – Williams Brothers Brewing Company i jego Kelpie Seaweed Ale.
  • Piwo z dodatkiem ziaren Quinua, a także orzecha palmowego, banana, kokosu… czyli piwa Mongozo.
  • Piwo z dodatkiem papryczek chilli. Za przykład może służyć choćby nasz rodzimy Grand Imperial Chili Porter, z browaru Amber.
  • Piwo o smaku Pizzy.
  • Tutankhamun Ale, czyli piwo uwarzone na podstawie znalezisk z wykopalisk w Egipcie. Wyprodukowano 1000 butelek, które sprzedano do domu handlowego Harrods, należącego do Mohamad Al Fayed’a, Egipcjanina z pochodzenia.
  • Celest Jewel Ale, czyli piwo z dodatkiem zmielonego kawałka meteorytu. Browar Dogfish Head z Delaware do produkcji użył pyłu z utłuczonych księżycowych meteorytów. Nawet miało to jakiś sens, ponieważ kamienie z kosmosu zawierają minerały i sole, a te z kolei wspomagają proces fermentacji i uwypuklają niektóre jego cechy, jak np goryczka. W ramach ciekawostki: piwowarzy pozyskali egzotyczny dodatek dzięki firmie ILC Dover, zajmującej się produkcją kombinezonów dla NASA.
  • Piwo „Space Barley” czyli  wynik kooperacji Rosyjskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Okayama i browaru z Sapporo. Do produkcji użyto jęczmienia, który przez 5 miesięcy przebywał w kosmosie, na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
  • W sumie, to długo by wymieniać.

Jako, że mam słabość do takich piwnych wynalazków, (co widać choćby po tym, że dużo odnośników bezwstydnie prowadzi z powrotem na mojego bloga 😉 ) to dzisiaj do pokala nalejemy piwo w stylu India Pale Ale, uwarzone z dodatkiem… soku z Rabarbaru.

Saint-Germain – Nøgne Ø Rhub’IPA

Piana: Biała, grubo-pęcherzykowata. Umiarkowanie obfita i raczej nietrwała. Jednak zostaje praktycznie do końca.

Barwa: Złoty, opalizujący.

Nøgne Ø Rhub’IPANøgne Ø Rhub’IPANøgne Ø Rhub’IPA

Zapach: Przyjemne nuty trawiaste, kwiatowe, cytrusowe oraz ziemiste. W aromatach znajdziemy także zapach, który określiłbym jako lekko kwaskowaty(po ogrzaniu nawet ‚kiszony’), landrynkowaty, a także nuty alkoholowe. Tak, w zapachu można wyczuć rabarbar. Ogólnie: bogactwo i balans.

Smak: Na początku po przełknięciu zastajemy dość sporo słodyczy. Potem jest już gorzko, szczególnie na finiszu. Aftertaste dosyć pieprzny i trochę ściągający, ale przyjemny. Duże wysycenie uwypukla goryczkę. Lekka kwaskowatość dodaje piwu polotu. Alkohol (6.9%) jest dobrze ukryty.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Bardzo pomysłowo zrealizowany „Francuz”, refermentowany w butelce. 10% dodatku soku rabarbarowego idealnie komponuje się ze stylem piwa, gdzie chmielu i aromatów jest ‚więcej niż zwykle’. Jest to jedno z ciekawszych piw jakie piłem ostatnio i mogę je śmiało polecić. Zaznaczam jednak, ze temperatura mu nie służy. A i gdyby ktoś pytał gdzie jest to tradycyjne, mało estetyczne ‚zdjęcie przy komputerze’ to muszę przeprosić: Rhub IPA zbyt szybko mi ‚wyparowała’ 😉Nøgne Ø Rhub’IPA

Gdybyście się zastanawiali, dlaczego ostatnie tak często wycieram sobie usta (a raczej moje wirtualne pióro) tematem gruita, to jednym z powodów jest to, że… od dłuższego czasu planowałem spróbować się w tym temacie, jeśli o warzenie chodzi. Pomysłami, etykietami oraz samymi buteleczkami z piwem podzielę się za pośrednictwem twarzoksiążkowego fanpejdża.

Rafipa. Sicut!

W pewien piękny, „premierowy” dzień wybrałem się do Piwnicy Zamkowej. Przy barze siedział już mój kolega Jędrzej, który na mój widok uśmiechnął się podejrzliwie. „I jak?” – zapytałem. „Zobaczysz” – Jędrzej wziął głębszy łyk, przewracając oczyma. Wredny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Tak więc kupiłem i… „zobaczyłem”. Wkrótce potem zawiązaliśmy nieformalną „Lożę Szyderców”. Może nie wszystkim to sie podobało, ale nie ma co, bawiliśmy się świetnie.IMAG0606 (Large)

Anyways, dzięki uprzejmości właściciela Piwnicy Zamkowej, miałem okazję poznać właściciela browaru Sachsenberg, Pana Jarosłava Raszyka. Przy okazji rozmowy z Panem Jarosłavem Raszykiem, (który okazał się być przemiłą osobą. Takim „typowym”, pozytywnie nastawionym do życia Czechem, z dystansem podchodzącym do tego co robi, czego niestety nam Polakom trochę brakuje) poznałem fantastyczną historią dotyczącą pozyskania przepisu i w ogóle uwarzenia tego piwka.

Otóż podobnie jak w powojennej Polsce, Czescy piloci broniący angielskiego wybrzeża podczas bitwy o Anglię, nie wrócili do swojego ojczystego kraju jako bohaterzy. Jednak gdy czerwony ustrój przeminął, słusznie się stało, że my i Czesi zaczęliśmy przypominać sobie o naszych wspaniałych pilotach.

A Ci z bohaterów, którzy mieli to szczęście dożyć sędziwego wieku, zaczęli nam opowiadać swoje historie. Okazało się, że Czesi oprócz chęci zrewanżowania się w powietrzu Niemcom, do Anglii zabrali także ze sobą kilka pasji, w tym także pasję do picia piwa. I warzenia piwa, oczywiście.

Do Piwa wiele szczęścia nie potrzeba. Wystarczy duży garnek, palnik i surowce, które są relatywnie tanie i dostępne. Oraz umiejętności oczywiście, które Czesi posiadali. Na styku dwóch kultur piwnych, czeskiej i angielskiej, pojawiały się siłą rzeczy „interpretacje” łączące obie te tradycje.

Rafipa jest właśnie takim wspomnieniem czeskich pilotów, którzy zapewne po raz pierwszy mieli okazję zetknięcia się z angielskim India Pale Ale, właśnie przy okazji pilotowania brytyjskich Hurricane.

Jednocześnie, tak jak powiedział mi Pan Jaroslav, wiele podyktowane zostało gustem konsumenta. Jakkolwiek Czesi mogą być nieco bardzie wyrobieni niż Polacy, jako przedsiębiorca zechcesz raczej uwarzyć piwo, które trafi w podniebienia kupującego. Nie inaczej powstała Rafipa – pod taki właśnie gust.

IMAG0607 (Large)IMAG0608 (Large)IMAG0609 (Large)

Sachsenberg RAF IPA.

Piana: Bardzo, bardzo bujna i raczej drobna. Trwała. Jasnobeżowa.

Barwa: Na początku miedziane, opalizujące, po zlaniu całej butelki, razem z osadem drożdży bardzo mętne, błotniste.

Zapach: Słodowy. Da się wyczuć zapach bananów, charakterystyczny przede wszystkim dla piw pszenicznych. Tutaj widać drożdże naprodukowały go wyjątkowo dużo. W zapachu czuć także, charakterystyczny dla chmielu Żateckiego aromat, korzenno-ziołowy, trochę ziemisty(ja nazywam go zatęchłym), przykryty niestety aromatami słodów oraz banana. W połączeniu, momentami jest bardzo owocowo. Proponuje na początku zlać tylko 1/4 do szklanki i chwilę poczekać – wtedy aromat chmielu jest łatwiej dostrzegalny. Pachnie lepiej niż wersja lana.

Smak: Zacznę od końca, od aftertaste. Gorycz jest intensywna, wręcz zalegająca, taka  jak po zjedzeniu skórki od grejpfruta.  Jest tylko delikatnie skontrowana słodowością, która z kolei przecież tak dominuje zapach. Słodowości, towarzyszy „ściągające uczucie”. Ciężko mi  to wytłumaczyć samym IBU (deklarowane 60, dla porównania Atak Chmielu ma 58), szczególnie, że piwo posiada „pełne” body. Sugestia może tkwić w „PLATO 17 OBJ °. ALK. 7,3%” i wydaje mi się, że piwo, aby osiągnąć te 17 stopni było ciut za długo wysładzane. Dlatego obecne w piwie garbniki potęgują te 60 IBU, a tym samym  odczuwalność chmielu jest spotęgowana. Hop-headzi będą zachwyceni. Piwo jest gęste, pełne i bardzo mocno wysycone. Dlatego też polecam raczej szklankę jak do Weizena, albo taką jaką wypuściła Pinta/można spotkać w angielskich Pubach,  także by lepiej odgazować piwo. Tzw. Snifter to raczej zły pomysł.

IMAG0611 (Large)IMAG0612 (Large)IMAG0614 (Large)

Pijalność aka ogólna zajebistość:  Piwko butelkowe okazało się lepsze w zapachu, a gorsze w smaku niż wersja beczkowa.”Idzie w głowę” i z pewnością jest jedyne w swoim rodzaju, w pełni zasługując na moją, odrobinę prześmiewczą nazwę gatunku: „Rafipa”. Rafipa, która przeciera szlak, dla ewentualnych followerów. Jeśli zapomnimy na chwilę o stylu piwa, jest ono całkiem pijalne, w szczególności, gdy w trakcie degustacji można poznać ciekawe osoby, do jakich niewątpliwie zalicza się właściciel browaru Sachsenberg, Pan Jaroslav.

Głównym problemem, oprócz nierówności piwa pomiędzy wersjami beczkową, a butelkową(a nawet pomiędzy butelka, a butelką. Otworzyłem trzy, każda miała inną zawartość. Oceniłem więc tą najbardziej podobną do wersji lanej 😉 ), jest nazewnictwo. Piwo ma z IPA niewiele wspólnego, i z pewnością nie powinno być ochrzczone w ten sposób. Bardziej, na etykiecie powinna znaleźć się adnotacja w stylu „It’s India Pale Ale. Just as Czech RAF pilots seen it”. Back in 1941, when they, with Polish friends, fought together to save United Kingdom.

Czarne nadzieje. Dziki Kruk kontra Zielone Paliwo.

Thornbridge Wild Raven oraz Brewfist Green Petrol

Brewfist Green Petrol oraz Thornbridge Wild Raven.

Tytuł odnosi się po części do kultowego już przedstawiciela gatunku Black IPA  (American Black Ale) jakim jest Black Hope z Ale Browaru. Pierwszy polski przedstawiciel gatunku szczególnie zapadł mi w pamięć, a to dlatego, że był bardzo udany. Moją nieskromną opinię podzielają także inni piwosze, którzy tak się złożyło – korzystają z Internetu 😉 Bowiem piwo Black Hope zostało nagrodzone laurem piwa roku w swojej kategorii, przez użytkowników portalu browar.biz.

Drugą konotacją jest dla mnie premiera Raf IPA od Sachsenberga, o której jak widzicie, bardzo cicho na moim blogu, mimo, że ekscytowałem się tą premierą co nie miara.  Spowodowane jest to tym, iż Pan Jaroslav Raszyk – właściciel browaru w rozmowie ze mną zasugerował mi, że piwo „potrzebuje jeszcze jakiegoś tygodnia”. Oczywiście miałem jednak okazję pić „Raf IPĘ” (jeszcze ze spacją, stay tuned 😉 ) prosto z beczki, a kilka dni temu z butelki, i… tak jak napisałem: w tytule niestety do tego nawiązuje.

Dobra, dygresje na bok: dzisiaj biorę na talerz dwóch nietuzinkowych przedstawicieli gatunku: Thronbridge Wild Raven (Wielka Brytania) oraz Brewfist Green Petrol  (Włochy). Dwie wariacje na temat mojego ukochanego India Pale Ale, tego ubranego w „czarną sukienkę” oczywiście 😉

Thornbridge Wild Raven

Piana: Bardzo drobna, beżowa, obfita. Opada powoli.

Barwa:  Miedziana czerń, przepuszczająca trochę światła (piwo raczej klarowne).

IMAG0595 (Large)IMAG0597 (Large)IMAG0598 (Large)

Zapach: Evergreen/sosna, nieco słodkiego, lekkiego aromatu alkoholu. Razem tworzą dość przyjemną, ale jednowymiarową kompozycję.

Smak: Ściągający, intensywny, ostry smak igieł / żywicy sosnowej. A także skojarzenia z gorzką czekoladą, szczególnie w aftertaste, który utrzymuje się jeszcze długo po zrobionym łyku. Evergreen pełną gębą.

Pijalność aka ogólna zajebistość: W odniesieniu do naszej Black Hope, to piwko jest zdecydowanie bardziej wyraziste, jednak wydaje mi się mniej od Black Hope złożone. Sosna niestety za dużo przykrywa. I jak bardzo lubię zdrapywać, a następnie żuć żywicę Sosny, którą łatwo znaleźć na ściętych balach leżących wzdłuż szlaków w górach, tak nie zarekomendowałbym tego piwa każdemu. Jeśli jednak zamierzeniem browarników było właśnie oddać aromat lasu sosnowego, to udało im się to w 101 procentach.

 

Brewfist Green Petrol

Piana: Drobna, ciemniejsza niż w przypadku Kruka. Nie da się też o niej powiedzieć o niej, że beżowa. Raczej brązowa, palony cukier. Piana jest intensywna, ale opada szybciej, niż ta „krucza”.

Barwa: Czarny i nieprzejrzysty.

IMAG0601 (Large)IMAG0602 (Large)IMAG0603 (Large)

Zapach:  Ziemisty, zatykający aromat ziół i alkoholu. Po trzecim-czwartym łyczku kubki smakowe się   przyzwyczajają (a może powinienem napisać: poddają się?) i już tak nie protestują. Aftertaste: tępy i alkoholowy. Ziemisty i raczej mało przyjemny. Po kapitulacji kubków smakowych czuć nawet trochę słodyczy palonych słodów jęczmiennych.

Pijalność aka ogólna zajebistość: Już chyba rozumiem czemu nazwano to piwo Green Petrol. Tak jak ropy naftowej, można się napić Green Petrola właściwie raz 😉

To tyle. Następny post już chyba o Sachsenbergu. Fanom IPA przypominam, że w ten weekend jest premiera urodzinowego Piwa Pinty i Ale Browaru: Weizen IPA.

W oczekiwaniu na Sachsenberga. Marston’s Old Empire oraz St Austell – Proper Job.

Wielkimi krokami zbliża się premiera piwa Sachsenberg RAF IPA, która będzie miała miejsce 10-12.05.2013 w Bielsku-Białej (Piwnica Zamkowa) oraz we Wrocławiu, na Festiwalu Dobrego Piwa. Oczywiście to prawie pewne, że w piątek, jako jeden z pierwszych będę moczył usta w „rafowskiej Ipie”. Zanim to jednak nastąpi, postanowiłem przygotować mały przedsmak w postaci recki IPA vs IPA. Marston’s Old Empire vs St Austell  – Proper Job.Marston's Old Empire oraz St Austell - Proper Job.

Marston’s Old Empire

Trochę to dla mnie kontrowersyjne, ale butelka jest przeźroczysta. Trzymam kciuki, że zanim do mnie dotarła, nie stała za dużo w nasłonecznionym miejscu. Napewno nie kupiłbym „Starego Imperium” w jakimś supermarkecie, jeśli oczywiście byłoby dostępne.

Piana: Drobna, biała, szybko opadająca niemal do zera.

Barwa: Kolor bursztynowo-złoty, opalizujący.

Zapach:  Słodowy, lekko cukierkowaty. A także ziemisty (earthy/grassy)

Smak: Małe, znikome wręcz wysycenie. Na początku bardzo dużo słodyczy. Potem, po sekundzie – dwóch, na chwilę odzywa się goryczka… by na koniec wrócić z powrotem do „słodkiego”. W aftertaste dominuje pilzneński słód (w rzeczywistości: pale ale zapewne), na szczęście nie jest tam sam. Towarzyszy mu odrobina goryczy.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Tak! Piwo w moim odczuciu jest przyzwoicie zbalansowane, ułożone, przez co bardzo pijalne. Jednak jak na IPA, może trochę nazbyt „nieśmiałe”. Spodziewałem się mimo wszystko trochę więcej tego chmielu.  Hop-headzi nie mają tu czego szukać. Dla całej reszty śmiało rekomenduje.

IMAG0580odlemprie

St Austell – Proper Job

Piana: Drobna, jeszcze mniej imponująca niż w Old empire. Opada szybko, niemal do zera.

Barwa:  Przygaszone złoto.

Zapach: Genialne połączenie chmieli, dało przyprawowo-cytrusowy, a nawet kwiatowy aromat, znakomicie uwydatniony, niemalże „pływający” na zapachu słodu.

Smak: Średnio wysycone. W smaku: klasyka IPA. Ale klasyka, taka „dzisiejsza”, gdzie wszyscy zdają się gustować  w amerykańskich odmianach chmielu. Poczciwy Goldings raczej w odwrocie, chociaż znalazł swoją przystań choćby w opisywanym wyżej „Starym Imperium”. Gorycz przypomina taką od skórki z grejpfruta, która niestety na początku trochę dominuje aftertaste. Dopiero gdzieś potem, w oddali majaczy słód. Ogólnie, mogłoby być go (słodu) nieco więcej.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Można. Choćby dlatego by zobaczyć jak fajnie można łączyć różne odmiany chmielu. Ciężko powiedzieć czy wrócę do „Właściwej roboty” popełnionej przez St Austell. Napewno jednak nie żałuję  wydanych pieniążków. Bardzo fajne doświadczenie.

austellIMAG0585

To tyle. Pozostaje mi jedynie, zaprosić Was na piątkowo-niedzielną premierę Sachsenberga RAF IPA do Piwnicy Zamkowej. A przy okazji wyrazić nadzieję, żeby mój piątkowy powrót do domu nie przypominał pilotowania postrzelonego nad angielskim niebem, Spitefire’a, jak to się  czasami po „udanych” premierach, zdarza. Czego oczywiście i Wam życzę  😉

Żegulgi do Indii ciąg dalszy. Domowe IPA.

Całkiem niedawno zostałem obdarowany przez właściciela najfajniejsze knajpy w Bielsku-Białej (Piwnica Zamkowa) piwem „domowym”, uwarzonym w stylu India Pale Ale. Fantastyczny prezent dla kogoś, kto spośród wszystkich rodzajów piwa najbardziej upatrzył sobie właśnie IPA.  Piwko powstało podczas warsztatów organizowanych przez Piwnicę Zamkową w lipcu 2012, które poprowadził domowy piwowar ukrywający się pod pseudonimem mark33.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Mówi się, że piwu szkodzą trzy czynniki: światło, temperatura i czas. Dwa pierwsze elementy – światło i czas, z pewnością można uznać za bezwzględną regułę dla większości, jeśli nie dla każdego piwa. Jeśli chodzi o czas z kolei, to sprawa jest już nieco bardziej dyskusyjna.  Czas z pewnością zmienia piwo, nie zawsze  mu szkodząc. Są piwka, które leżakując (i re-fermentując) w butelce nabierają wytrawności i złożoności, których brak mógłby uczynić piwo uwarzone w danym stylu niepełnowartościowym. Niektóre  piwa można leżakować nawet przez lata(ale to oczywiście raczej wyjątek niż reguła). Tym samym istotne jest, aby rozumieć ten proces, aby mieć pewne wyobrażenie jak piętno czasu może wpływać na piwo.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Buteleczka którą otrzymałem została zakapslowana 9 miesięcy temu. To dość dużo jak na IPA. Nie jest tajemnicą, ze wraz z upływem czasu piwo będzie tracić swoje „nachmielenie”, objawiające się dobrze znaną goryczką. Myślę, że 9 miesięcy to aż nadto wystarczający okres aby można było zauważyć proces „tracenia” goryczki na przykładzie India Pale Ale. Nie zmienia to faktu, iż jestem bardzo ciekaw co też kryje się w środku.

Zaczynamy!

Piana: Z pewną obawą odkapslowałem butelkę. Szczęśliwie nie było „wybuchu piany” co jest jedna z oznak m.in.  zepsucia piwa. Sama piana drobnopęcherzykowata, raczej obfita, otrzymująca się. Charakterystyczna dla IPA – o ile można pokusić się o takie określenie.

Barwa: O dziwo klarowna czerń. Nieprzejrzysta, ale nie ze względu na zmętnienie. Nietypowe jak na piwo, które w swoje nazwie ma przymiotnik „jasne”.

Zapach: Na początku trochę palonego słodu lub karmelu. Potem na przód wysuwają się akcenty ziołowe (najbliższe skojarzenie: Wrotycz pospolity), aromaty przejrzałych owoców, wina (octu winnego). Z tym ostatnim skojarzenia są niestety nieodparte. Niecodziennie jak na piwo. Zagadka zostaje jedna rozwiązana, gdy przechodzimy do smaku.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Smak: Ziołowy, kwaskowaty, szczególnie wyczuwalny po bokach języka. Smakuje trochę jak białe wytrawne wino z Bułgarii (taka mniej udana Sophia za 6 pln za butelkę). Do tego posmak alkoholowy (Octan Etylu), ale komponujący się z resztą bukietu tego… no właśnie, skwaśniałego piwa 😉 Miłośnicy bułgarskiego wina, docenią pewnie długo utrzymujący się aftertaste. Próba techniką retronosową nasuwa skojarzenia z niedojrzałym jabłkiem. Goryczka chmielu wyczuwalna ewentualnie tylko w afterstaste.

Domowo-warsztatowe IPA

Domowo-warsztatowe IPA

Ogólna zajebistość aka pijalność: Lactobacillus, Pediococcus, Acetobacter albo niektóre szczepy dzikich drożdży, są odpowiedzialne za aromat octowy. Jestem ciekaw jak będzie smakować mój Chateau od Artezana, z numerem 155. Czyli Red Flanders Ale, gdzie takie kwaskowato- octowe aromaty są jak najbardziej na miejscu. Gdzie indziej, tak jak w tym przypadku, świadczą raczej o zepsuciu piwa. Picie tego domowego IPA przypominało trochę prace wykopaliskowe – mianowicie zastanawianie się jak wyglądało kiedyś  Twoje znalezisko ;). Można takiego piwka spróbować w celach edukacyjnych. Ciężko jednak wypić całą butelkę.  Mając na uwadze mój poprzedni post, można powiedzieć, że do Indii dopłynąłem ze z skwaśniałym piwem.

Kurs obieram na Indie. Artezan IPA.

Artezan IPA

Artezan IPA

Miało być trzeci raz o Czechach i czeskim Stoucie od Primatora, lecz Pepiki mi się przejadły. Wam być może też, biorąc pod uwagę z jakim zacięciem (pewnie godnym lepszej sprawy) produkowałem akapity o realiach picia lagerów (i nie tylko).

A zatem, biegiem na mostek kapitański zakręcić kołem steru i skierować tę szalupę postawioną na WordPressie… tam gdzie kiedyś chciał dopłynąć Krzysztof Kolumb.  Do Indii.

Był taki moment w dziejach świata, kiedy Wielka Brytania była kolonialną i morską potęgą. Tam gdzie pojawiała się Royal Navy, tam też pojawiali się brytyjscy obywatele, a wraz z nimi ich zwyczaje.

Nie jest tajemnicą, że oprócz herbaty, Brytyjczycy uwielbiali także swoje piwo Ale. Indie jako kolonia była samowystarczalna, jednak lokalny klimat uniemożliwiał produkcję piwa (wiem, że nie muszę tego dodawać, jednak ludzie nie mieli wtedy jeszcze lodówek, a Ludwik Pasteur jeszcze się  nie urodził). Skoro nie można było produkować na miejscu, pomyślicie pewnie – czemu by nie importować? Przecież kolonie brytyjskie były często rynkami zbytu dla „macierzy”. W przypadku kolonii brytyjskiej w Indiach problemem była jednak odległość. Około pięciomiesięczna podróż statkiem z Londynu do Indii nie służyła ładunkowi w postaci piwa, które dopływało do Indii „płaskie” i kwaśne.  Jednocześnie Indie były lukratywnym rynkiem, który stanąłby otworem dla tego, który jako pierwszy poradziłby sobie z tymi trudnościami. Przez co niejedni próbowali.

Artezan IPA

Jako pierwszemu udało się Georgeowi Hodgsonowi. Kreatywny browarnik użył swojej receptury Pale Ale (która jako jedna z pierwszych na świecie pozwalała uzyskiwać piwo w kolorze różnym od brązowego / czarnego) i postawił na dwie strategie znane ówczesnym browarnikom, stosowane w celu zapobieżenia kwaśnieniu piwa: zwiększona zawartość alkoholu oraz intensywne chmielenie. Jak wiadomo alkohol nie stwarza przyjaznych warunków do rozwoju bakterii. Alfa kwasy zawarte w chmielu także temu nie sprzyjają. Mając to na uwadze, Hodgson tak zmodyfikował swoją recepturę Pale Ale, że nie żałował ani chmielu, ani ziarna, ani cukru (na różnych etapach produkcji piwa, ma się rozumieć).

Rezultatem było bardzo gorzkie, mocne, nagazowane Ale, które zdolne było przetrwać  długą morska żeglugę, a także straty nagazowania wynikające z prymitywnego procesu butelkowania piwa, które było szczególnie odczuwalne, w gorącym, indyjskim klimacie. Sukces Hodgsona był legendarny. „Pale ale as prepared for India”, „India Ale”, „pale India ale” lub „pale export India ale” to nazwy / określenia jakie zaczęły towarzyszyć piwu przygotowywanemu na eksport do kolonii brytyjskiej jaką niegdyś były Indie.

Obecnie gatunek ten przeżywa pewien renesans, ze względu na popularność (ofensywę?) amerykańskich odmian chmieli. Powstał nawet specjalny podgatunek India Pale Ale, a jednocześnie językowy potworek:  American India Pale Ale.

Na tym tle tym bardziej ciekawy jest India Pale Ale od Artezana. Zamiast bić się z innymi browarami rzemieślniczymi o niedostępne juz w pewnym momencie na światowym rynku chmiele amerykańskie, Artezan postanowił wrócić do tradycji i uwarzył swoje IPA w stylu brytyjskim (używając Challengera i East Kent Goldings – którego „wczesną wersje” prawdopodobnie użył sam Hodgson produkując pierwsze IPA).

Artezan IPA

Piana: drobnopęcherzykowata, utrzymująca się centymetrowa warstwa.

Artezan IPA

Artezan IPA

Barwa: bursztynowa. Klarowność: delikatnie mętne.

Zapach: delikatnie słodowy, żywica, lekko duszny/zatęchły – wysuszone drzewo… oraz taki jaki poczujemy wchodząc między krzaki ostrężyn w upalny dzień, podczas wędrówki po górach.  No i  grejpfrut.

Smak: Intensywny początek, neutralny, aksamitny środek i  pieprzno-owocowy finish. Goryczka długo się utrzymuje, jest przyjemna. Jak po zjedzeniu słodszego grejpfruta.  No i ostrężyny, aromaty żywiczne i… sosnowe? Not sure, ale nie jest tak, że wszystko co ma igły jest dla mnie „sosnowe” 😉 Anyways, brzmi lepiej niż „aromat drzew iglastych” 😉 Napewno nie jest to np. Jałowiec, spotykany w nalewkach, a nawet w piwie(Sahti! jesli ktoś pił Koniec Świata Pinty – raise your hand). Jako minus: piwo po ogrzaniu odkrywa aromaty landrynkowo-mydlane. Jednak biorąc pod uwagę, że jest bardzo pijalne, jest szansa, że zdążycie opróżnić kufelek zanim ta landrynkowa „przyjemność” Was zaskoczy.

Ogólna pijalność aka zajebistość: Tak! Nie ma przesady w tym IPA, nie było gonitwy za chmielem. Bardzo pijalne. Jednak osoby nie przepadających za chmielem, mimo wszystko sięgną po chociażby Pacific Pale Ale. Z kolei hop headzi będą narzekać na zbyt mało intensywną goryczkę. Mnie jednak bardzo podobały się nuty aromatów ostrężyn, „drzew iglastych” 😉 a także grejpfruta.

Artezan IPA

Artezan IPA

Jako post scriptum: z żalem przeczytałem informację zamieszczoną niedawno na twarzoksiażkowym profilu Artezana, że następne partie IPA, będą już warzone z użyciem chmieli amerykańskich. Nie wiem czy to chęć eksperymentowania czy gusta konsumentów pchnęły Artezana ku tej decyzji, jednakże, trochę szkoda, że nie będzie już można spróbować „oryginalnego” India Pale Ale. Z Polski, ma się rozumieć.

Flying high with the IPA dog.

Postaram się aby z czasem w moich postach obecna była w miarę standardowa formuła opisu piwa, gdzie rozkładamy piwo na Pianę, Barwę, Zapach, Smak i Ogólną zajebistość 😉

Pierwsze kilka postów to zabawa z WordPressem i poznawanie jego możliwości. Jakoś zawsze pisanie bloga wydawało mi się zabawne. Pewnie dlatego, że blog często przypominał mi pisanie pamiętnika. Czyli wysmarkiwanie się na chusteczkę, a następnie oglądanie owocu tego czynu.

No ale co jak co, przestajemy być już tak krytyczni, kiedy rzecz tyczy się Twojego hobby, mimo że nadal, o ile nie jest to piwnygaraz.pl, pisanie bloga piwnego to wirtualna masturbacja nad pustą butelką.

Snake Dog IPA, Raging Bitch, Wildeman Farmhouse IPA
Anyways, miało być o IPA. Ostatnio postanowiłem się „doedukować” conieco, jeśli chodzi o IPA warzone przez jankesów. Na stole mamy trzy wariacje India Pale Ale o niebanalnych nazwach: „Snake Dog IPA”, „Raging Bitch”, „Wildeman Farmhouse IPA”.

Oprócz nietuzinkowych nazw, mamy też niezłe etykiety i generalnie niezły marketing wliczając w to dobrze zrobioną stronę internetową oraz ciekawą historię związana z samym browarem „Flying Dog”. A łączy się ona ze zdobywaniem jednego z trudniejszych szczytów na tym ziemskim padole, jakim jest ponoć K2.

Tak jak się spodziewałem, szybko się okazało, że degustowanie trzech tak intensywnych piw, jest pewnym wyzwaniem. Jako że percepcja moich kubków smakowych należy do przeciętnych, musiałem pomagać sobie, przepłukując usta wodą  by móc wychwytywać niuanse, każdego z trunków. Kilka słów o każdym. „Raging Bitch” – najbardziej cytrusowe, ze wszystkich trzech. Ładnie ukazane, jak dodanie jednej odmiany chmielu (Amarillo) może odmienić smak, nadając mu trochę głębi. Imho, bardzo ważny aspekt IPA, któe w innym wypadku może przerodzić się w goryczkowy grindcore.

Snake Dog IPA, Raging Bitch, Wildeman Farmhouse IPA

Snake Dog IPA – najbardziej „ziołowe” ze wszystkich. Jeśli lubisz ziołowy aspekt chmielu (albo Beherovkę, Jagermeistera lub inną ziołową wodkę) – napewno przypadnie by Ci do gustu. Na szczęście piwo nie jest płaskie, gdyż Snake Dog IPA potrafi balansować w tym wypadku słodem.

Na koniec: „Wildeman Farmhouse IPA”. „Witbierowy” kolor, przyprawowy aromat, ostry smak. Zapach drożdzy piekarskich, tak jak w Pinta Koniec Świata albo w ‚piwie”, które kiedyś uwarzyłem z Mniszka Lekarskiego, na warsztatach „Dzikiego gotowania” prowadzonych przez Łukasza Łuczaja. Długo utrzymująca się piana (czego specjalnie nie lubię). Ogólnie raczej niespotykane podejście do tematu. Najbardziej unikalne ze wszystkich trzech.