Opacki absynt.

Są takie browary, które nie stronią od wynalazków. W końcu uwarzenie na przykład wyśmienitego Pale Ale to tylko połowa sukcesu. Klient musi jeszcze ściągnąć butelkę z półki. A w tym właśnie można (i trzeba) mu pomóc. Opat Absinth oraz Apsinthion Toorank

Brainstorming gościa od marketingu, browarzyciela albo właściciela browaru (tutaj: czeskiego) może wyglądać mniej więcej tak: „Hmm, ostatnio wysyłamy trochę piwa do Polski. Wrzuciliśmy nawet informacje o składzie w języku polskim na etykietę. Warto by jeszcze dodatkowo zróżnicować ofertę. Hmmm. A gdyby tak dodać trochę więcej słodu do następnej warki Svetlego Leżaka oraz Konopie indyjskie? Tak! to świetny pomysł. Pšoni  (Określenie Polaków w stylu nasze „Pepiki”, tylko może jeszcze bardziej lekceważące ;)) nie mogą sobie legalnie „zajarać” to napewno łykną piwko z <<marihuaną>>. Wystarczy że dodamy do tego kardamon i melisę, żeby to jakoś smakowało i będzie hit.” I powstaje w ten sposób Chlumecky Januw Elixir, który schodzi na pniu.

Patrzy reszta i kombinuje: „Damn it, ubiegli nas! Co my teraz biedne żuczki zrobimy… ale zaraz! Mamy jeszcze Absynt, po który Pšoni  tak zawzięcie do nas przyjeżdżają!” 😉 A dalej to już wiecie jak jest. Piwo o nazwie „absynt” chłodzi się w lodówce.

Co ciekawe, w „składzie” oprócz wody, chmielu, drożdzy i słodu widnieją „absinth” oraz „naturalny ekstrakt z absnithu”. Gdyby to piwo było wyprodukowane w Polsce, musiałoby mieć naklejoną banderolę, a także podatek akcyzowy byłyby wyższy, gdyż w Polsce praktycznie każdy alkohol, który nie jest piwem lub napojem „piwopodobnym” musi mieć banderolkę.

Anyways, sprowadzając sobie dobrych parę miesięcy temu dwie butelki Opat Absinth myślałem sobie, że przy okazji, mógłbym popastwić się trochę  nad „naszą tradycją” picia Absyntu niemalże z gwinta, i to najlepiej gdy ma conajmniej 80%, bo wtedy dobrze poniewiera. Zrobiłem to jednak przy okazji posta „O tym co warto przywieźć z Czech” i nie chce ponownie ugrząźć w tym temacie, więc… w skrócie:

  • Istnieje różnica pomiędzy Absinth oraz Absinthe. Ten ostatni denominuje oryginalny Szwajcarski / Francuski absynt. Ten pierwszy, to czasami pogardliwe określenie na Czeski absynt (Bohemian), który zazwyczaj nie daje nam efektu louche, gdy rozcieńczamy go z lodowata woda i kostką cukru.
  • Picie alkoholu smakowego powyżej pewnej granicy ABV mija się z celem. Kubki smakowe zostają sparaliżowane. Dlatego rozcieńczamy.
  • Cukier –  kostka cukru, nieodłączny element rytuału, kiepsko rozpuszcza się w alkoholu. Dlatego rozcieńczamy.Opat Absinth oraz Apsinthion Toorank
  • Polski Apsinthion Grand de Luxe by Toorank, który posłużył mi dzisiaj jako element dekoracji nie odstaje od większości tego, co można znaleźć na półce w czeskim Tesco, więc nie ma po co tam jeździć jeśli tak naprawdę nie wiemy po co.
Apsinthion Toorank

Ludwik z wodą i cukrem 😉

A wracając, Broumov, to kolejny czeski browar po Holbie, który może poszczyć się posiadaniem strony internetowej w języku polskim. Historia warzenia piwa w Broumov rozpoczęła sie w 1348, kiedy król nadał miasto prawa miejskie, a wkrótce potem z Pragi przybyli do miasta benedyktyni.

Na stronie browaru czytamy: „Benedyktyni uważani byli za dobrych pracodawców. Świadczył o tym między innymi „deputat piwny” jaki otrzymywali pracownicy. W jego skład wchodziły 3 litry piwa dziennie, węgiel na zimę, karp na święta. Również na święta pracownicy dostawali 3 litry mocniejszego alkoholu.”

Chyba muszę pogadać z szefem na temat podobnego deputatu.

Opat Absinth

Piana: Drobna i biała. Typowa dla Svetlych Leżaków, jeśli chodzi o trwałość.

Barwa: Żółty, opalizujący.

Opat AbsinthOpat AbsinthOpat Absinth

Zapach: Oczywiście daleko zapachowi do czegoś co bezbłędnie kojarzyłoby się z piwem. Jest słodki i perfumowaty. Odrobina trawy cytrynowej, ziela angielskiego. Anyż.

Smak: Na samym początku uderza słodowość nasuwająca skojarzenia z „aspartamową” słodyczą arcydzięgla. Zaraz potem podążają przyprawy (kolendra i kardamon). Słodki finisz zrobiony z cukierków miętowych oraz szczypty kardamonu. After-taste lekko ostry/gorczykowy. Odrobina diacetylu (jak za nim nie przepadam, tak tutaj jest nawet przyjemny). Mniej niż średnie wysycenie.Opat Absinth

Ogólna zajebistość aka pijalność: Można sobie śmiało odpuścić. A jeśli już, to sugeruję raczej spożywać bliżej niż dalej terminu ważności, ponieważ „leżakowanie” temu piwu nie służy (nuty kwaśne). Mam porównanie z racji tego, że pierwszą buteleczkę otworzyłem na 4 miesiące przed drugą.

P.S Specjalne podziękowania dla Zielonej Wróżki za nieocenioną pomoc w trakcie redagowania blog posta.

Reklamy

Tam gdzie Dom Perignon umawia się na randkę z Duvel

IMAG0869 (Large)Champagne, jedno z bardziej rozpoznawalnych win świata, oryginalnie produkowane jest tylko Szampanii, we Francji. Po ustaniu pierwotnej fermentacji wino jest butelkowane, z dodatkiem drożdży oraz cukru, gdzie fermentuje ponownie, leżakując nawet przez kilka lat. W tym czasie uzyskuje swój charakterystyczny profil smakowy oraz w naturalny sposób nagazowuje się. Nieodłącznym elementem produkcji „szampana” jest remuage – czyli przewracanie od czasu do czasu leżakujących butelek w taki sposób, aby drożdże osiadły w szyjce butelki (by potem móc je łatwo usunąć)

Producenci piwa wymyślając coraz to inne sposoby na wyciągnięcie pieniędzy z portfela coraz to bardziej wyrafinowanych klientów, sięgnęli w końcu i po ten pomysł. Deus Brut des Flandres  to piwo belgijskie uwarzone w stylu Belgian Strong Ale, które następne przewożone jest w okolice Épernay w Szampanii, gdzie przez dziewięć miesięcy dojrzewa w francuskich piwnicach, będąc przewracane, zupełnie jak jego odpowiednik tyle, że z winogron.  To wystarczy, aby trafić na wishlistę niejednego piwosza.IMAG0877 (Large)

Sam proces produkcji piwa, podzielony na poszczególne etapy jest ładnie przedstawiony na załączonej do piwa ulotce.

 

 

Deus Brut des Flandres

Piana: Śnieżnobiała, bujna, drobna, obficie osadzająca się na ściankach.

Barwa: Cytrynowy/jasnozłoty, klarowny .

IMAG0884 (Large)IMAG0885 (Large)IMAG0888 (Large)

Zapach: Subtelne jabłko i zielone winogrona, odrobina banana i drożdży. Alkohol tak wkomponowany w bukiet, że momentami całkowicie chowa się za zasłoną aromatów(jeśli go „poszukamy” nosem, to jest oczywiście dość intensywny).

Smak: Duże wysycenie, jednak bąbelki są bardzo delikatnie i nie szczypią w język. Zachwyca połączenie jabłka/winogrona z charakterystycznym słodowo-przyprawowym aromatem belgijskiego Strong Ale. Przyjemny alkoholowo – jabłkowy finish i aftertaste, wzmocniony dodatkowo posmakiem drożdży.

IMAG0878 (Large)IMAG0882 (Large)IMAG0891 (Large)

Ogólna zajebistość aka pijalność: Smaki i aromaty bezustannie konkurują ze sobą o uwagę kubków smakowych, przez co piwo nie nudzi się i cieszy od początku do końca.

Przy okazji, nie bije tak po kieszeni jak zakup oryginalnego wina z Szampanii, więc „oblewaniu okazji” nie będą towarzyszyły egzystencjalne myśli w stylu „jak tu dożyć do końca miesiąca” 😉

Piwo robotników sezonowych. Czyli, imperialne co?

Saison obecnie, to szeroko pojęte jasne Ale, raczej mocne (współczesne wersje mają od 5% do 8%), raczej wysycone, o profilu owocowym i przyprawowym.

De Molen Saison

Historyczny Saison był jednak zupełnie innym piwem. Jego nazwa pochodzi od „robotników sezonowych” (les saisonniers), którym w ramach pracy na polach belgijskich farmerów przysługiwało pięć litrów piwa dziennie. W przeciwieństwie do czasów obecnych, piwo niegdyś po części było po prostu niskoalkoholowym napojem gaszącym pragnienie. Miało tą przewagę nad „zwykłą” wodą, że jakaś tam zawartość alkoholu, oraz alfa kwasy i inne substancje zawarte w chmielu powodowały, że piwo było bezpieczniejsze w konsumpcji niż woda. Nie mogło być oczywiście za mocne, by nie „przeszkadzało” robotnikom pracować.

 

Warzone było głównie poza „sezonem” (późna jesień do wiosny) aby uniknąć zepsucia z powodu temperatur i aktywności bakterii/owadów, a także po to aby zająć czymś stałych pracowników farm, „po sezonie”. Co ciekawe, Saisony warzone na wiosnę były czasami mieszane z tymi uwarzonymi na jesieni lub mieszane z lambikami aby zwiększyć kwaskowatość piwa, a tym samym jego walory orzeźwiające.

De Molen Saison

Na tym tle szczególnie intrygująco wypada „Imperial” – przydomek obecny w nazwie piwa, które zaraz otworzę. W świecie piwa bowiem przydomek „imperialny” dostają piwa, które eksploatują do maksimum specyficzne cechy swojego stylu, w którym były uwarzone. Mamy więc Imperialne India Pale Ale oraz  Russian Imperial Stout’y. Patrząc na ostatnie lata i kierunek w jakim rozwijał się Saison, jako styl piwa, z przekąsem napiszę, że mogę chyba spodziewać się super mocy (ABV), super wysycenia(nagazowania  ) i zabójczej mieszanki owocowo-przyprawowej.

 

De Molen Blikken & Blozen Imperial Saison

Piana: Kremowa, raczej drobna. Jedna z najbardziej obfitych i trwałych jakie miałem okazje oglądać. Jej powierzchnia przypomina ubite białko jaja kurzego. Po dłuuuugiej chwili opada zostawiając jedynie mały kożuszek.

Barwa: Bursztyn/miedź.

De Molen SaisonDe Molen SaisonDe Molen Saison

Zapach: Zaraz po nalaniu atakują nas charakterystyczne nuty mango pochodzące od amerykańskich chmieli. Są estry bananowe, a nawet ananas. Potem jednak, wraz z opadaniem piany i rosnącą temperaturą piwa zapach zmienia się. Jest to mix ziemi, sera pleśniowego, drożdży i alkoholu. Oczywiście nadal obecne są owoce, ale już nie dominują.

Smak: Ostry. Od początku do końca. Na początku trochę słodu i karmelu, na finiszu rozgrzewający alkohol i garbnikowa gorycz, która zalega w aftertaste.  Spore wysycenie.  Niemałe ABV komponuje się z bukietem i smakiem piwa. Im bliżej dna butelki, tym piwko staje się bardziej kwaskowate.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Celowo zlałem piwko z osadem aby pokazać to na zdjęciach (cztery smużki na ściankach kufla, plamy na pianie w kolorze karmelu). De Molen Blikken & Blozen zajmował moje kubki smakowe od początku do końca degustacji, co jakiś czas odkrywając przede mną jakiś niuans.

De Molen Saison

De Molenowi jak zwykle jednak niewiele jest co zarzucić. Jednak w te upalne dni, kiedy temperatura za oknem sięga  35 stopni Celsiusza napiłbym się raczej tego, co pili kiedyś les saisonniers dla orzeźwienia i aby ugasić pragnienie, zamiast imperialnej, współczesnej wersji.  Jakby ktoś miał jakieś propozycje na Saisony bliższe XVIII i XIX wiecznym tradycjom, proszę napiszcie w komentarzach.

O tym co warto przywieźć z Czech

Nie przypuszczałem, że moja beletrystyka na temat czeskich Svetlych Lezaków, nagoni mi tylu zwiedzających. Przypuszczam, że najwięcej do powiedzenia miał tutaj tytuł posta (zaczynający się od „Co warto przywieźć…”). No i oczywiście Google.

Pamiętam, że przed  wyjazdem do Londynu raz zapytałem wujka Google o coś podobnego. Wpisałem w wyszukiwarkę „co warto przywieźć z Anglii” i moim oczom ukazał się indeks Polaków, chcących dorobić sie przy okazji, jakiejś tam podróży na wyspy i z powrotem. Przewijały się te same pytania: „o to co jest tańsze”, „czy warto kupować elektronikę?”, „ceny Ipadów w UK? „.  Tylko jeden post był interesujący z punktu widzenia turysty –  kogoś kto chciał trochę poznać inna kulturę, odkryć i spróbować czegoś nowego. Dzięki temu wygrzebanemu postowi (niczym perle w beczce gnoju) wiedziałem, że chce spróbować Bovril i Marmite,  a także należy kupić konfitury Wilkin & Sons,  Chipsy z octem, HP Brown Sauce, Ciastka Triffle, likier Pimm’s i jedną z poniższych whiskey/mocniejszych alkoholi:  Southern Comfort, Lagawulin, Talisker czy Oban. zal przy siatce

Tak więc, jeśli trafiłeś tutaj dlatego, że chcesz coś kupić w Czechach w ilościach hurtowych, by potem posprzedawać z zyskiem swoim znajomym, rodzinie, czy na bazarku w swojej wsi, to możesz już dalej nie czytać.

Ba! zachęcam Cię nawet do zamknięcia tego okna przeglądarki internetowej. Mam do Ciebie uraz za to, że o mało co, a nie spróbowałbym marmolady z pomarańczy od Wilkin & Sons, bo zastanawiałeś  się razem z resztą polaczków-dorobkiewiczów, jaką wersję Iphone’a przywieźć, zachwaszczając kilka stron wyszukiwania w Google.

Mini przewodnik, o tym co warto kupić w Czechach, jest podróżą z wózkiem między półkami czeskiego supermarketu. Jest bardzo subiektywnym spojrzeniem na czeskie jedzenie i napoje. Jest to perspektywa kogoś kto przez wiele lat niemal każde wakacje spędzał za czeską(i słowacką) granicą, lub po prostu jeździł tam na zakupy (do Czeskiego Cieszyna mam około 40 km). Czesi (i Słowacy) mają w sklepach kilka fantastycznych rzeczy, których próżno szukać u nas. Wybrane pozycje postaram się opisać.

Słodycze

Zacznijmy od słodkości. W dużej mierze znajdziemy ten sam stuff, jaki śmiało kupilibyśmy w Polsce. Jednak każdy kraj ma swoje „Prince Polo”. Skupię się właśnie na takich produktach, obecnych na czeskim rynku przez lata albo na takich, które się Czechom po prostu generalnie udały. Oto lista:

  • Fidorki – to okrągłe wafelki w różnych smakach.Studentska
  • Lentilki – takie czeskie M&Ms
  • Horalky – wafelki dostępne również w Polsce. Mnie do gustu najbardziej przypadły te o smaku  orzechowym.
  • Studentska. Jedynie słuszna czekolada, jaką można kupić w Czechach. To co wyróżnia studencką od innych czekolad z bakaliami, to zanurzone w niej galaretki o nieregularnych kształtach i wielkościach. Bywa, że można trafić na sezonowe smaki np. Studentska żurawinowa albo gruszkowa.
  • Ledové Kaštany – mnie nigdy specjalnie nie przypadły do gustu. Są jednak niezwykle popularne, a poza tym zauważyłem ciekawą rzecz. Mianowicie często zdarza się, że w supermarkecie np. na stoisku z piwem znajdziemy wieszak z chipsami;  na stoisku z mięsem, obok zestawów na grilla także przyprawy, a także… piwo. I tak dalej. Pewne rzeczy po prostu  idą ze sobą w parze, a pracownicy supermarketu ogarniający layout sklepu, są dla nas niezwykle mili, i tak układają niektóre stoiska, żebyśmy się nie musieli specjalnie nachodzić. Tym samym na stoisku z nabiałem (szczególnie z jogurtami) czasami można znaleźć takie wieszaki / półki z Ledovymi Kasztanami, co sugeruje, że spożywaniu jogurtów ma się w pewnej symbiozie ze spożywaniem Ledovych Kasztanów. Ledove Kasztany
  • Banány v Cokolade. Galaretka o smaku banana oblana czekoladą. Genialne i proste.
  • Kočičí jazýčky (Kocie języki).

Wypisałem co najważniejsze, pewien rodzynek zostawiając sobie na końcu. Tym specjałem jest ciasto czekoladowe „Chocotorta„, by Blue Brand.  Jeśli chcemy zabłysnąć podczas mniej lub bardziej niezapowiedzianej wizyty znajomych w naszym lokum , to Chocotorta sprawdzi się idealnie. Po pierwsze: jest dobra. Po drugie: to ciasto,  w dodatku czekoladowe. A powszechnie wiadomym jest, że godnie jest podejmować gości ciastem, w dodatku czekoladowym.Chocotorta

Po trzecie, ma półroczny termin ważności (a co zabawne – zalecenia producenta mówią o „temperaturze pokojowej”). Musicie przyznać, że nie byle jaka to „trwałość”. Chocotorta  napewno będzie miało szansę doczekać niespodziewanej wizyty znajomych. Jedynie nie wspominajcie im o tym „plusie”. Zresztą na co dzień pewnie jedzą, tak jak ja i Ty, sporo podobnego napakowanego konserwantami stuffu, po prostu nie myśląc o tym jakoś specjalnie i wszystko jest ok.  Każdy wie, że chipsy nie są specjalnie zdrowie, co nie przeszkadza nam ich pochłaniać w sporych ilościach.

Wędliny

Czesi mają spory wybór podsuszanych, pikantnych/paprykowych kiełbasek, a także kiełbas typu „salami”. Nie sposób zrobić zakupy w Czechach, nie ściągając z półki opakowania Budapešťská‚iej, Madarská‚skiej czy innej tego typu kiełbaski, która niemalże się do nas uśmiecha, kiedy suniemy z koszykiem przez Kaufland/Billę/Tesco. Dobra, przynajmniej ja nie potrafię. Do moich faworytów należą Jelení klobása oraz Broska klobasa, które zazwyczaj przygotowuję gotując.

Dalej warto wspomnieć, że w Czechach raczej nietrudno dostać golonkę przez duże G, czyli taką „mocno ponad kilową”, wypełniająca razem z kapustką cały gar. Mniam, mniam. Jeśli masz dość „wypierdków” jakie można dostać u nas w sklepach, można się choćby udać na rynek w Czeskim Cieszynie. Jest tam mięsny, który sprzedaje golonkę w słusznych rozmiarach i w dobrej cenie. Pieczeń

Jako że umieszczam tego posta na blogu o piwie, a jesteśmy przy wędlinach, to nie sposób nie wspomnieć o Utopencach i Spekacky‚ach. Różnica? Zaryzykuję stwierdzenie, że w obu przypadkach mamy do czynienia z kiełbaskami a’la Serdelki, jednak Utopence serwowane są w marynacie. Świetna przekąska, nie tylko do piwa. I aby uniknąć hejta w komentarzach, nazwy „serdelków” użyłem tutaj  jedynie na wyrost. Jeśli przekroicie  „spiekaczkę” albo „utopenca” zauważycie dość spore, jednolite „oka” z tłuszczu. Prawdziwa „spiekczaczka” bowiem zawiera w sobie kawałki słoniny. Zarówno Utopence czy Spiekaczki, odpowiednio przyrządzone, potrafią być wyborne. A jeśli ktoś chce poczuć się jak w Czechach, a wybiera się np. do Bielska-Białej, to polecam Piwnicę Zamkową, gdzie można sobie Utopence zamówić  do piwka, wraz z innymi świetnymi Tapas.

Napoje i alkohol

Piwka już opisałem i regularnie opisuję na swoim blogu. Zainteresowanych odsyłam między innymi tutaj.

Kofola

KofolaNie wiem do czego porównać mógł bym Kofolę. Do Polo Cockty? Ciekawe ilu z spośród ludzi, którzy to przeczytają pamięta jeszcze taki specyfik. W każdym bądź razie Kofola w Czechach żyje i ma się dobrze. Jest to napój coca-cola podobny, jednak w odróżnieniu naszej coli ma profil „ziołowy”. Jest nawet wersja „extra bylinkova” dla tych, którzy szczególnie upodobali sobie ten smak.Kofola

Ponieważ, spragnieni okazji i szukający bazarkowych hitów, przestali czytać już tego blog posta, mogę wtrącić jedyną przydatną im informację: alkohol w Czechach jest generalnie droższy niż w Polsce. Może z wyjątkiem piw (które za podobną cenę są po prostu lepsze), nie zaoszczedzimy specjalnie kupując alkohol w Czechach. Tak czy inaczej nie jestem fanem wysokoprocentowych alkoholi i pisanie „którą wódkę warto kupić” wydaje mi się słabe, jednak o dwóch rzeczach jednak napisać po prostu muszę. Jest to Stock Fernet oraz Absynt. Ale po kolei.

Stock Fernet

Wodka w plastikowym kielieszku

Czterdziestki wódki są wystawiane jak gumy do żucia, zapalniczki, prezerwatywy i inne drobiazgi, które można kupić przy kasie. Urocze 😉

Kosztuje od 99 do 159 CZK (ta pierwsza cena to najlepsza promocja, na jaką udało mi się trafić. Co fajne w Czechach, zauważyłem, że promocję (Akce!) są tam przez duże „P”. Obniżki są sensowne, realne). Stock Fernet to wódka ziołowa. Wieść niesie, że receptura Ferneta sięga czasów przedwojennych, gdzie oryginalnie była to wódka ziołowa -lekarstwo na grypę żołądkową. Zioła potrzebne do wyprodukowania tej wódki były importowane z terenów całej Europy (głowy nie daję, ale chyba nie tylko). W skrócie: potem nastała czerwona kurtyna i było generalnie źle, ale recepturę udało się odtworzyć. Stock Fernet to dobra, ziołowa, wytrawna wódka. Poprawcie mnie, ale nie ma polskiego odpowiednika.

Był Stock, to teraz kolej na Absynt. I czas na minutę ciszy dla uczczenia głupoty Polaków, którzy nawet jeżdżą specjalnie do Czech po Absynt i kupują 60-80%(sic!) mixy/destylaty o smaku mięty, rajcując się niewiadomo czym. „Bo ryje beret” albo ktoś tam powiedział, że prawdziwy Absynt można teraz dostać jedynie w Czechach. Lub cokolwiek.czeski Absinthe

Here is the deal: wszędzie można dać się zrobić w jajko, wszędzie znajdziecie kogoś liczącego na Waszą łatwowierność.  Podniecanie się dużym stężeniem alkoholu jest jednym słowem „niemądre”. Alkohol „smakowy”, powyżej powiedzmy 50% stężenia zaczyna powoli tracić sens ponieważ paraliżuje kubki smakowe. Oryginalny rytuał Absinthe zakłada rozcieńczanie Absyntu wodą w stosunku 1/3 lub 1/5. Tylko debile „kupują jak najmocniejszy” i piją go „as it is„. Co musiało zostać powiedziane, zostało powiedziane.

Oczywiście zrobiłem poglądowe zdjęcie „półki z Absyntem”. Znajdziecie na niej sporo bullshitu. Jeśli ktoś jest zbyt leniwy, aby zrobić research i szuka po prostu wrażeń, niech weźmie butelkę z wysokim stężeniem Thujonu.  Co prawda gdyby to stężenie miało robić jakąkolwiek różnicę i tak nie zostałoby dopuszczone do handlu na terenie EU, ale co tam, lepsze to niż spirytus rozrobiony z miętowym sokiem.

czeski Absinthe czeski Absinthe

Jeśli ktoś jednak chciałby zgłębić temat, to punktem zaczepienia powinno być ogarnięcie różnicy pomiędzy stylem francuskim / szwajcarskim (Absinthe) oraz czeskim, określanym także mianem „Bohemian” (Absinth). Patrząc na sfotografowaną półkę w Tesco, poszukiwaczom mogę polecić Metelka Absinthe Verdoyante.

Sery

Do dowcipów z najdłuższą brodą zaliczam ten, w którym mój tata woła mnie w czeskim supermarkecie stojąc przy lodówce z nabiałem: „Chodź, coś Ci pokażę!”. Oczywiście, wiem co chce mi pokazać – chce mi pokazać „śmierdzące serki”.  Dowcip zdążył się zestarzeć, ponieważ tak jest zawsze, kiedy jedziemy do Czech na zakupy.

Słowacki parzony ser  Olomunckie twarożkiPewnego razu jednak zapytałem ojca, czy do końca życia będzie się naśmiewał z tych serków nie wiedząc jak smakują I z przekory włożyłem opakowanie Olomoucké tvarôžky do koszyka.  Okazały sie bardzo łagodne i smaczne, co więcej, zachęciły do dalszych eksperymentów.

Najbardziej intensywny ze wszystkich okazał się być ser piwny -Jarošovský Pivný Sýr. Jest to rodzaj zakąski jaką możemy czasami zamówić w knajpie u naszych południowych sąsiadów. I tak, w zależności od knajpy, różnie nam ją podadzą, ale cechą wspólną będzie to, że ten dość tłusty serek będzie polany i wymieszany z piwem. Potem można np. rozsmarować go na chlebie.

Na koniec „serów” zostawiłem sobie klasykę gatunku, czyli Korbačiky (Pařený sýr). Są to dostępne od jakiegoś czasu szerzej i w Polsce warkocze serowe. Idealna zakąska do piwa (raz, że świetnie sie komponują, a dwa – są tłuste, a wiec uczestniczą w metabolizmie alkoholu i sprzyjają degustacji 😉 ). Można kupić parzone, wędzone, z przyprawami, i tak dalej. Myślę, że Michał Kopik, na pewno znalazłby w tej kwestii coś dobrego dla siebie.pivny syr

Pieczywo i inne

Gdy opadła żelazna kurtyna w Polsce, często na giełdach i bazarach można było kupić przekąskę – powiew Zachodu – w postaci hot-doga sprzedawanego prosto z Syrenki Bosto co bardziej przedsiębiorczego Polaka. Hot-dog, czyli paluch z musztardą i parówką. Czesi natomiast nie mają(tzn teraz jest wszystko, ale nie jest to mainstream) w sklepach czegoś, co my Polacy nazwalibyśmy „klasyczną bułką typu paluch”. Mają za to Rohliki. Tym samym zamiast hot-dogów, za południową granicą jadło się „Rohlik z parkiem” (czyli Rohlik z parówką).

Czeskie buchticky

Rohlik to taki mniejszy, smuklejszy paluch, niewiele szerszy od parówki. Nie wiedzieć czemu, idealnie przystosowany do pochłaniania Pomazankowego Masła, z którym tworzy mordercze combo (dla każdej diety, chociażby). Pomazankowe Masło z kolei to coś pomiędzy margaryną, a serkiem do smarowania chleba. Polecam szczególnie to uwiecznione na zdjęciu. A przy okazji wizyty na stoisku z pieczywem warto zainteresować się buchtami – České buchtičky (z serem albo marmoladą)

Pomazankowe masło

W Czechach kupimy także tanią musztardę, sprzedawaną w niepozornych opakowania, po około 5 – 7 CZK za sztukę. Jest całkiem ok, od polskich musztard różni się głównie tym, że zawiera zmielone ziarna gorczycy. Mnie szczególnie do gustu przypadła trochę droższa musztarda paprykowa od Snico hořčice. Będąc w Czechach warto też zakupić parę torebek zupy gulaszowej (made by Vitana). Niby  tylko zupa z torebki, ale z jakiegoś powodu, Czesi robią ją lepiej i można użyć jej jako bazy do ugotowania naprawdę smacznej zupy w stylu węgierskim. Gulaszowa polevka

Sałatki

Sałatki w plastikowych opakowania 100-200 gram. Polski horror „jedzenia kupowanego do pracy”. Jeszcze mi się nie udało zakupić w Polsce sałatki, takiej na majonezie, przeznaczonej do „zaspokojenia głodu”, która byłaby chociaż więcej niż ewentualnie jadalna. Tym samym robiąc zakupy w czeskim supermarkecie bardzo łatwo jest pominąć lodówkę z sałatkami. Bo przecież nie są jadalne, prawda?

Parizsky Salat, Mexicky Salat, Diabelski Salat to moje ulubione. A szczególnie ten pierwszy to klasyka gatunku. Pamiętam jeszcze czasy Czeskoslovensko, kiedy rodzicie stołowali się w ichniejszych bufetach. Bufety przypominały dzisiejsze „Deka-Smak”, gdzie kładło się na talerz to co na co się miało ochotę. Końcowy zestaw składał się często z paru rohlików, chochli paryzskiego salatu i zimnego kotleta w panierce.  Dzisiaj oczywiście można kupić sałatki bez problemu w sklepie, pakowane w plastikowe opakowania.

Czeskie sałatki i galaretkiCzeskie sałatki i galaretki

Wcześniej wymieniłem moje top 3. Reszta sałatek też jest ok. Za chybione uważam jedynie Rybi Salat oraz Hermelinowy Salat. Ten pierwszy to zazwyczaj pasta rybna w kiepskim wydaniu. Ta druga to sałatka o smaku serka pleśniowego. Nie podeszła mi wcale. Niedaleko sałatek znajdziemy także przepyszne galaretki („zawitki” 😉 ). Pozycja obowiązkowa. Próbowałem znaleźć coś podobnego w Polsce, jednakże bez zadowalających rezultatów. Widocznie Czesi lubują się w takich przystawkach, bo można znaleźć ich przeróżne rodzaje. Mnie najbardziej smakują te najprostsze:  masa kremowo-chrzanowa zawinięta w plasterek szynki, otoczona jajkiem i ogórkiem konserwowym. I to wszystko zalane galaretką.  Czeskie sałatki i galaretki

Zakończenie

Po głowie kołacze mi jeszcze taki mały follow-up do powyższej przydługiej rozprawki na temat „co warto kupić w Czechach” – opisać kilka knajpek fajnych  w Czechach, które warto odwiedzić. Albo sprzedać „plan” na ciekawą, jednodniową wycieczkę. Gdyby ktoś był zainteresowany takim postem – dajcie znać.