Współczesny gruit. Rhub’ IPA

W zeszłym odcinku… rozpisałem się co nieco na temat gruitu – piwa, które zamiast chmielu, przyprawiane jest mieszanką ziołową, a którego warzenie było z różnych względów bardzo popularne w Średniowieczu. Nøgne Ø Rhub’IPA

Dzisiaj opowiem nieco o ‚współczesnym’ gruicie, jakim jest piwo uwarzone z ‚dodatkiem’ albo najlepiej z ‚dodatkami’. Otóż mieszanki ziołowe nie powróciły do mainstreamu po udanej, amerykańskiej rewolucji piwnej. Gdy mikro-browary w USA uwarzyły już najbardziej chmieloną IPĘ, najmocniejszego Imperialnego Stouta, bardziej niż niemieckiego Gose czy Kölsha, a nawet piwo bardziej wytrawne i kwaśne niż te z Flandrii, to aby przyciągnąć klienta czymś czego jeszcze wcześniej nie było, browarom zostało jedynie warzenie piwa z wkładem.

A zatem mamy:

  • Bacon Maple Ale od Rouge’a. Warzone z dodatkiem syropu klonowego oraz bekonu wędzonego drewnem z jabłoni.
  • Orkiszowe z czosnkiem uwarzone przez browar Kormoran.
  • Piwo uwarzone z użyciem 200000 letniej wody z lodowca – Ice Fjord Lager.
  • Piwo z dodatkiem wodorostów – Williams Brothers Brewing Company i jego Kelpie Seaweed Ale.
  • Piwo z dodatkiem ziaren Quinua, a także orzecha palmowego, banana, kokosu… czyli piwa Mongozo.
  • Piwo z dodatkiem papryczek chilli. Za przykład może służyć choćby nasz rodzimy Grand Imperial Chili Porter, z browaru Amber.
  • Piwo o smaku Pizzy.
  • Tutankhamun Ale, czyli piwo uwarzone na podstawie znalezisk z wykopalisk w Egipcie. Wyprodukowano 1000 butelek, które sprzedano do domu handlowego Harrods, należącego do Mohamad Al Fayed’a, Egipcjanina z pochodzenia.
  • Celest Jewel Ale, czyli piwo z dodatkiem zmielonego kawałka meteorytu. Browar Dogfish Head z Delaware do produkcji użył pyłu z utłuczonych księżycowych meteorytów. Nawet miało to jakiś sens, ponieważ kamienie z kosmosu zawierają minerały i sole, a te z kolei wspomagają proces fermentacji i uwypuklają niektóre jego cechy, jak np goryczka. W ramach ciekawostki: piwowarzy pozyskali egzotyczny dodatek dzięki firmie ILC Dover, zajmującej się produkcją kombinezonów dla NASA.
  • Piwo „Space Barley” czyli  wynik kooperacji Rosyjskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Okayama i browaru z Sapporo. Do produkcji użyto jęczmienia, który przez 5 miesięcy przebywał w kosmosie, na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
  • W sumie, to długo by wymieniać.

Jako, że mam słabość do takich piwnych wynalazków, (co widać choćby po tym, że dużo odnośników bezwstydnie prowadzi z powrotem na mojego bloga 😉 ) to dzisiaj do pokala nalejemy piwo w stylu India Pale Ale, uwarzone z dodatkiem… soku z Rabarbaru.

Saint-Germain – Nøgne Ø Rhub’IPA

Piana: Biała, grubo-pęcherzykowata. Umiarkowanie obfita i raczej nietrwała. Jednak zostaje praktycznie do końca.

Barwa: Złoty, opalizujący.

Nøgne Ø Rhub’IPANøgne Ø Rhub’IPANøgne Ø Rhub’IPA

Zapach: Przyjemne nuty trawiaste, kwiatowe, cytrusowe oraz ziemiste. W aromatach znajdziemy także zapach, który określiłbym jako lekko kwaskowaty(po ogrzaniu nawet ‚kiszony’), landrynkowaty, a także nuty alkoholowe. Tak, w zapachu można wyczuć rabarbar. Ogólnie: bogactwo i balans.

Smak: Na początku po przełknięciu zastajemy dość sporo słodyczy. Potem jest już gorzko, szczególnie na finiszu. Aftertaste dosyć pieprzny i trochę ściągający, ale przyjemny. Duże wysycenie uwypukla goryczkę. Lekka kwaskowatość dodaje piwu polotu. Alkohol (6.9%) jest dobrze ukryty.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Bardzo pomysłowo zrealizowany „Francuz”, refermentowany w butelce. 10% dodatku soku rabarbarowego idealnie komponuje się ze stylem piwa, gdzie chmielu i aromatów jest ‚więcej niż zwykle’. Jest to jedno z ciekawszych piw jakie piłem ostatnio i mogę je śmiało polecić. Zaznaczam jednak, ze temperatura mu nie służy. A i gdyby ktoś pytał gdzie jest to tradycyjne, mało estetyczne ‚zdjęcie przy komputerze’ to muszę przeprosić: Rhub IPA zbyt szybko mi ‚wyparowała’ 😉Nøgne Ø Rhub’IPA

Gdybyście się zastanawiali, dlaczego ostatnie tak często wycieram sobie usta (a raczej moje wirtualne pióro) tematem gruita, to jednym z powodów jest to, że… od dłuższego czasu planowałem spróbować się w tym temacie, jeśli o warzenie chodzi. Pomysłami, etykietami oraz samymi buteleczkami z piwem podzielę się za pośrednictwem twarzoksiążkowego fanpejdża.

Reklamy

Gose.

W 1516 roku na Sejmie Krajowym w Ingolstadt, Wilhelm IV, tytułujący się mianem księcia Bawarii podpisał dokument zatytułowany „Jak latem i zimą piwo warzyć i szynkować należy”. Dokument dość precyzyjnie regulował takie sprawy jak ceny piwa oraz wymieniał dozwolone składniki do produkcji piwa: woda, jęczmień i chmiel.Gose - Westbrook Brewing Co.

Dokument powszechnie znany jako Reinheitsgebot („Prawo czystości”) na wieki zapisał się w świadomości niemieckiej. Do tego stopnia, że czterysta lat później, w 1906 oraz 1956 roku, ustawy regulujące temat warzenia piwa w całych Niemczech pozwoliły sobie jedynie na dodanie drożdży, jako czwartego, dozwolonego składnika używanego do produkcji piwa. A niecałe pięćset lat później(1993r.) „Prawo czystości” sprowokowało dyskusję, czy piwo takie jak Tarta czy Harnaś, warzone przy użyciu mąki kukurydzianej zasługuje na miano „piwo”.

Do dzisiaj historycy spierają się co do przyczyny powstania „Prawa czystości”. Jedni twierdzą, że główną przyczyną była potrzebą regulacji wykorzystania pszenicy, tak aby lud spragniony piwa, nie zapomniał przy tym o pieczeniu chleba. Inne wytłumaczenie to fakt, że w średniowieczu popularne były gruity. Gruit to piwo, gdzie zamiast chmielu, do jego przyprawienia używa się ziół. Jak można założyć, nie tylko ze względów praktycznych (np. „chmielu nie było akurat pod ręką”) lecz w celu wywołania dodatkowych efektów, gdyż składniki gruitu w środowisku fermentacyjnym mogą potęgować swoje działanie. Inklinacje w stronę takich używek nie są wymysłem XX wieku. Ludzie od zawsze szukali sposobów na oderwanie się od rzeczywistości i można się domyślać, iż substancje halucynogenne i psychoaktywne były pożądane wśród średniowiecznych piwoszy. Ale, jak to zwykle bywa, państwo wtrąca się w życie obywateli, jeśli chodzi o definicję dobrej zabawy i warzenie gruita przestało być legalne 😉

Co ciekawe, interwencja państwa w postaci Reinheitsgebot mogła mieć wymiar polityczny. Trzeba mieć na uwadze, że wprowadzenie tego prawa zbiegło się w czasie z początkami ruchu reformacyjnego w Niemczech, gdzie niektórzy zaczęli zarzucać dostojnikom kościelnym obrastanie w bogactwa oraz np. nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu (tak właśnie: gruitu). Reinheitsgebot bespośrednio uderzał więc w dostojników kościelnych posiadających monopol na mieszankę ziołową gruit (skład często był tajemnicą) oraz w samo piwo wytwarzane przy jej pomocy, która często była narzędziem opodatkowania.Gose - Westbrook Brewing Co.

O Reinheitsgebot wspominam dlatego, że mam zamiar dzisiaj napisać o Gose – piwie niemieckim z okolic Leipzig, któremu udało się wyrwać z kajdan nałożonych przez „Prawo czystości.”  Źródła mówią o ponad tysiącletniej tradycji tego piwa, którego nazwa pochodzi od nazwy rzeki, przepływającej przez miasto Goslar. Temu też Gose częściowo zawdzięcza swój charakter – mianowicie piwo jest słone, gdyż taki charakter miała woda czerpana z okolic Goslar, niegdyś bogatego w kopalnie cynku, miedzi, ołowiu i soli. Kiedy miasto Goslar podupadło ze względu na wyeksploatowanie surowców naturalnych, produkcja i konsumpcja przeniosła się do Leipzig. By zachować oryginalny charakter, piwo warzono z dodatkiem soli. Receptura zakładała także dodatek kolendry. Oba dodatki dyskwalifikowały piwo, w myśl „Prawa czystości”.

Gose - Westbrook Brewing Co.

Oryginalnie Gose było piwem fermentacji spontanicznej. To jest nie zadawano do niego drożdży, ufając, ze te dzikie, znajdujące się w powietrzu, z pomocą matki Natury zrobią swoje. Tak jeszcze produkowano to piwo około 1740. Jednakże, skłonność do pospieszania matki Natury tkwiła w ludziach od zawsze. Ponad sto lat później, piwowarzy niemieccy odkryli, jak uzyskać ten sam rezultat, używając drożdży górnej fermentacji oraz bakterii produkujących kwas mlekowy.

Wiek XX to wiek, kiedy wiele tradycji warzenia piwa znalazło swój koniec, by na fali rewolucji amerykańskiej narodzić się na nowo. Nie inaczej było w przypadku Gose, które tak jak inne piwa, przeżywa teraz swój renesans. W 2012 roku Westbrook Brewing Co. z Południowej Karoliny, wypuściło swoją interpretację na temat Gose. Zobaczmy co też pod kapslem piszczy.

Gose – Westbrook Brewing Co.

Piana: Dość obfita,  drobno i średnio pęcherzykowata, biała. Opada do bardzo chudego kożuszka i zostaje na ściankach.

Barwa:  Cytrynowa / słomkowa. Piwo jest bardzo klarowne (krystaliczne)

Zapach: Pierwsze co zaatakowało moje nozdrza to zapach kiszonej kapusty(sic!). Po chwili jednak, na szczęście do głosu doszły aromaty ziołowe (kolendra, pieprz). Słodowości, drożdży, czy aromatów typowych dla piw pszenicznych tutaj nie uświadczycie 😉

Gose - Westbrook Brewing Co.Gose - Westbrook Brewing Co.Gose - Westbrook Brewing Co.

Smak: Boże co za kwas! Ślinianki zaczynają bardzo intensywnie pracować. Piwo jest słone i kwaśne zarazem. Gdyby nie słoność, śmiało można by porównać odczucia w smaku do tych które towarzyszą szczególnie wytrawnemu egzemplarzowi Lambika. Gose jest przyzwoicie wysycone, co akurat bardzo pasuje do profilu tego piwa (sprawia, że piwo jest bardziej rześkie, orzeźwiające w odbiorze).  Piwo zostawia ciekawy, niecodzienny posmak na języku, ale także zalegający na podniebieniu.Gose - Westbrook Brewing Co.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Nie jestem pewien czy aftertaste był pieprzny-przyprawowy czy to moje kubki smakowe uległy zdrętwieniu, od nadmiaru kwaskowatości i soli. Alkohol jest niewyczuwalny w smaku. Zresztą zbyt dużo go jednak nie ma – całe 4%. Nie jest to piwo sesyjne, ale warto spróbować, choćby dla zaspokojenia swojej ciekawości.

Raciborskie, bynajmniej nie klasyczne.

IMAG0770 (Large)Racibórz „słynie” z produkcji piwa „idealnego”, bezbłędnie trafiającego w gusta większości Polaków. Czy jesteś stary czy młody, gruby czy chudy, Raciborskie Klasyczne na pewno Ci zasmakuje. Dobre pół roku temu z inicjatywy Piwnicy Zamkowej miałem okazję zwiedzić ten browar. Nie będę jednak opowiadał o samej wizycie w Browarze Zamkowym w Raciborzu.

Wystarczy powiedzieć, że zwiedzający w browarze oprowadzani są po prawdziwej linii produkcyjnej, a towarzyszy im osoba, której zadaniem na co dzień jest warzenie piwa, a nie… oprowadzanie wycieczek. A tak właśnie czasami bywa w większych browarach gdzie oprowadza się po muzeum, a nie po linii produkcyjnej, a sam przewodnik z warzeniem piwa niewiele ma wspólnego. Wystarczy więc podkreślić, że: warto. IMAG0776 (Large)

A na zachętę, parę fotek:

IMAG0772 (Large)

 

To o czym chciałbym dzisiaj napisać to fakt, że pod nosem browaru na zamku w Raciborzu rośnie „konkurencja” ;). I to nie byle jaka. W browarze restauracyjnym Browar Rynek w Raciborzu, piwowarem jest mark33. O jego warzeniu można śmiało poczytać choćby tutaj.

Marka poznałem w Piwnicy Zamkowej i korzystając z okazji oczywiście zasypałem go milionem pytań. Chwila rozmowy i byłem już onieśmielony metodycznością z jaką podchodzi do warzenia piwa. Jednocześnie nie jest tak, jak to czasami bywa, że metodyczność nie daje szansy kreatywności. IMAG1064 (Large)

Przykładami mogą być – piwo które Marek uwarzył w trakcie pokazu w PZ (a było to a’la Dark Cascadian Ale / Black IPA) lub piwko, które zaraz odkapsluje: Chmielowy Kop. W tym ostatnim kreatywne podejście do tematu polegało na tym, że piwo nie mogło być z gatunku India Pale Ale. Jednocześnie, nie mogło być także ordynarnym „Pejl Ejlem”.

Gdy piłem je po raz pierwszy, byłem niemało zdziwiony. To druga buteleczka, którą degustuje (tu muszę zaznaczyć, że tą przetrzymałem po terminie).

Browar Rynek – Chmielowy Kop

Piana: Biała, drobno-pęcherzykowata, dość trwała. Zostawia mały kożuszek i oblepia ścianki szkła.

Barwa:  Ciemne złoto, klarowne.

Zapach:  Aromaty słodowe, owocowe (bardziej agrest niż cytrusy). Jest też zauważalna ziołowość(estragon, cząber) oraz niestety oznaki utlenienia: miodowy oraz lekka „kiszonka”.

Smak: Na początku mamy pełnię słodową, która stosunkowo długo się utrzymuje, zanim ustąpi miejsca goryczce. Piwko już jest niestety lekko kwaskowate, co nieco zakłóca finish oraz aftertaste, który jest konkretnie goryczkowy – chmielowy kop w podniebienie.

IMAG1069 (Large)IMAG1072 (Large)IMAG1073 (Large)

Pijalność aka ogólna zajebistość: Piwko przetrzymałem w swojej „leżakowni” zbyt długo. Zdążyły uciec aromaty dymu i wędzonki (powstałe w wyniku użycia odpowiedniego słodu), które dawały ciekawe połączenie z Citrą, która z kolei została użyta do chmielenia.  Bywa i tak.

Nie zmienia to faktu, że chcąc napić się wspaniałego Pilsa w naszych okolicach, ma się jedynie dwie możliwości: Chorzowski Reden oraz Browar Rynek w Raciborzu. Dodatkowo, w tym drugim, można spróbować także „pszenicy”, która oprócz Pilsa, jest specjalnością Marka.IMAG1074 (Large)

Namiętności Carycy Katarzyny II

Rasputin Brouwerij de Molen oraz Emelisse  Russian Imperial StoutJak w temacie – było tych namiętności wiele. Oprócz upodobania do polityki, władzy czy do sporo od siebie młodszych mężczyzn, których czyniła kochankami, Katarzyna II lubiła także piwo. Źródła podają: „reputacja i przyjemność płynąca z picia piwa typu Porter nie ogranicza się jedynie do Wielkiej Brytanii. Jako dowód można przytoczyć fakt, że Portery znane są poczynając od zamarzniętych rejonów Rosji, aż do palących piasków Bengalu i Sumatry. W istocie, Caryca Rosji jest tak rozmiłowana w Porterach, że kilkukrotnie zamówiła znaczne ilości tego trunku, na potrzeby swoje oraz swojego dworu”.

Wiadomo więc, że Caryca Katarzyna zamawiała piwo z Anglii na swój dwór, ale to nie ona odkryła te piwa dla Rosji. To Piotr Wielki zakochał się w Stoutach, w czasie jego wizyty w Anglii w 1698 roku, a opuszczając wyspiarski kraj  zażyczył sobie, aby dostarczono Stouty do Rosji. Wieść niesie, że pierwsza partia zepsuła się w trakcie długiej podróży. Anglicy, jak zwykle zdeterminowani aby zachować twarz, wysłali kolejną partię, tym razem mocniej odfermentowaną, z większą ilością chmielu. Tak, wedle tej historii narodził się imperialny stout, obecnie określany częściej jako „rosyjski”.

Tak naprawdę jednak, kiedy car Piotr Wielki otworzył Rosję na zachód początkiem XVIII wieku, czarne „ejle” – „Portery” przeżywały swój złoty wiek i były tym, czego chciał konsument w tamtych czasach – mocniejszego, bardziej nachmielonego piwa. Siłą rzeczy raczej to, a nie trudy transportu zadecydowało o tym jakie piwo dostali Rosjanie.Rasputin Brouwerij de Molen

Gusta Brytyjczyków się jednak zmieniały, a „carowie” Związku Radzieckiego nie sprowadzali już piwa z Wielkiej Brytanii. Portery właściwie wyginęły w połowie XX wieku, imperialne stouty zakończyły swój żywot na początku lat 90 ubiegłego wieku i… właściwie nie miałbym dzisiaj o czym pisać gdyby nie piwna rewolucja amerykańska i boom na piwa warzone „w duchu craft”. A ten duch to w uproszczeniu: warzyć wszystko bardziej intensywnie, naginać istniejące granice i poszukiwać nowych. Dzisiejsze Russian Imperial Stouty idą jeszcze dalej w swej „imperialności”, niż te warzone na carski dwór.

Emelisse Imperial Russian Stout

Piana: Bardzo drobna, bardzo trwała, koloru brązowego cukru

Barwa: Nieprzejrzysta czerń.

Emelisse  Russian Imperial StoutEmelisse  Russian Imperial Stout

Emelisse  Russian Imperial StoutEmelisse  Russian Imperial Stout

Zapach: Palone słody, lukrecja, wanilia, wyraźny aromat szlachetnego chmielu oraz nuty alkoholowe.

Smak: Słodycz pojawia się tylko na chwilę. Zaraz potem pojawia się pędzący z dużą prędkością prawy prosty złożony z alkoholu, oraz naprawdę mocnej, i raczej nieprzyjemnej taninowej goryczy, która zatruwa zarówno finish, jak i aftertaste. Niestety wszystkie niuanse takie jak aromat czekolady czy rodzynki giną, zostają skutecznie zagłuszone. Raczej niskie wysycenie.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Piękna piana, złożony aromat. Niestety gorycz obecna w piwie skłania do refleksji czy nie dodano na czas leżakowania płatków dębowych i czy aby nie dodano ich zdecydowanie za dużo. Ewentualnie czy jakiś palony słód się nie przypalił podczas gotowania brzeczki. Piwo w tej postaci nie jest pijalne – można sobie śmiało odpuścić. Ten „rusek” ma 11% zawartości alkoholu.

Rasputin Brouwerij de Molen

Piana: Bardzo drobna, niezbyt obfita i nietrwała. Kolor taki sam jak w przypadku Emelisee.

Barwa: Nieprzejrzysta czerń.

Rasputin Brouwerij de Molen Rasputin Brouwerij de Molen

Rasputin Brouwerij de Molen Rasputin Brouwerij de Molen

Zapach: Jest toffee, lukrecja, melasa, skórka ciemnego chleba i alkohol. Co ciekawe, nie ma w zapachu wyraźnych: palonego słodu, czekolady czy kawy – często obecnych w piwach tego gatunku. Zapach jest przyjemny, harmonijny jednak niespecjalne złożony. Brak mu ciekawych akcentów, w które Russian Imperial Stouty obfitują.

Smak: Jeszcze bardziej wytrawny od Emelisse, jednak gorycz jest lepiej ułożona, jest też w tej goryczy pewna ziołowość. Czarny, trochę kremowy w odczuciu płyn, po przełknięciu rozgrzewa żołądek (10,4% ABV). Gorycz jest ściągająca i nieco zalegająca. Aftertaste, jeśli pominie się intensywność goryczy   , przypomina cappuccino. Nisko wysycone. W piwie unoszą się drobinki drożdży.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Rasputin jest dla mnie odrobinę zbyt wytrawny. Warto też zaznaczyć, że zyskuje gdy ogrzejemy je do około 16 stopni. Ciekawostką jest fakt, że Brouwerij de Molen miał problem z nazwą dla tego piwa, z tego powodu Rasputin został w późniejszym czasie przemianowany na Disputin (w wolnym tłumaczeniu „wykłócać się”), a także był warzony pod nazwą Cease & Desist.

P.S Niedługo, browar Pinta będzie miał dla nas coś dobrego, sprzedawanego w buteleczkach 0.3l. Ale ciii…. nie słyszeliście tego ode mnie 😉

Grenlandzcy rybacy wiedzą jak rąbać lód. Ice Fjord Lager.

Ice Fjord LagerWiemy z reklam, że dobra kawa albo dobra herbata pochodzi z plantacji, gdzie w znoju i ugorze, pracownicy plantacji ręcznie wybierają listki albo ziarna i ładują je do koszyka, przewieszonego przez plecy. Jednocześnie przekaz jest taki, iż gdyby robiłyby to maszyny lub proces byłby w jakiś inny sposób zautomatyzowany,  to końcowy produkt – zebrane ziarno czy rośliny byłby z tego powodu niepełnowartościowe. Tak wygląda w tym przypadku marketing.

Tak się jednak składa, iż gdyby okoliczności sprawiły, że wskazane (przede wszystkim z ekonomicznego punktu widzenia) byłoby zastosowanie maszyn do zbierania herbaty, kawy lub czegokolwiek innego sprzedawanego z otoczką hand- picked, to już dawno by to zrobiono.

Realia są takie, że tam gdzie rośnie kawa czy herbata, pracownikom sezonowym obrabiającym krzaczki z nasion czy liści można zapłacić za pracę niewiele więcej niż dziecku pracującemu w chińskiej fabryce. Dodatkowo warunki klimatyczne czy inne uwarunkowania sprawiają, ze zastosowanie maszyn jest  po prostu niepraktyczne. Tu jednak wkracza marketing, który sprzedaje to co jest i „co musi być” jako coś ekskluzywnego, rzadkiego czy specjalnego. Jest dobrze, „się kręci”.Ice Fjord Lager

Gdy na Brackiej Jesieni stałem pod „ścianą płaczu”, co w moim hobby oznacza nie bankomat, ale wysoki na 2 metry, szeroki na 8 metrów regał z piwami, mój wzrok niechybnie zatrzymał się na… Grønland Ice Cap Beer. Niebieska, krzywo nalepiona etykieta ukazująca lodowiec, wyróżniała się na tle innych. Minęła chwila i wiedziałem już, że moim przeznaczeniem jest nabyć tę butelkę grenlandzkiego lagera. Choćby na wypadek sytuacji, gdyby ktoś kiedyś rzucił do mnie „Hehe. A piłeś kiedyś piwo z Grenlandii?”, na co ja mógł bym hipstersko, bez emocji odrzec: „Piłem zanim to stało się modne.”

A już poważniej, kiedy poprosiłem obsługę aby ściągnęła dla mnie butelkę Ice Fjord Lager z półki celem „pomacania”, moim oczom ukazał się następujący opis:

Ten premium arctic lager warzony jest przy użyciu wody pochodzącej ze 180000 letniej, grenlandzkiej pokrywy lodowej. Lód jest ręcznie wybierany przez lokalnych rybaków w Ilulissat. Krystalicznie czysta woda, połączona z najlepszymi surowcami tworzą unikalne smakowe doświadczenie, którego nie znajdziesz w żadnym innym piwie na świecie.

Ice Fjord Lager

Bo jak wiadomo, tylko ręcznie zbierany lód nadaje piwu niesamowitego smaku i aromatu. Nawiasem mówiąc, już wiem czemu etykieta jest krzywo nalepiona. Grenlandzki rybak musiał mieć zmarznięte ręce od wybierania lodu.

Przy okazji, mamy do czynienia z ciekawym przypadkiem dysortografii. Tym razem na stronie internetowej czytamy: „(…)whit the unique water analysis in the brewing process. We only use the best ingridients to make shure we make the best beers, and this makes us able to make beers, like no other in the world.”

Ice Fjord Lager

Piana: Bardzo drobna, koloru ciemnobeżowego, powolutku opada przyjmując formę dość skromnego kożuszka.

Barwa: Heban, klarowność: opalizujące.

Ice Fjord LagerIce Fjord LagerIce Fjord Lager

Zapach: Czuć arktyczną świeżość wody wyrąbanej z czapy lodowca… just kidding 😉 Tak naprawdę mamy wyraźny słodowo-karmelowy aromat podbudowany estrami i alkoholem. Tych estrów jednocześnie nie jest na tyle dużo, aby drażniły w tym ciemnym, mocnym Lagerze.

Smak: Chmiel jednak nie rośnie na Grenlandii 😉 Piwo jest wodniste, lekkie, przyjemne w odbiorze. W aromatach dominuje karmel oraz skórka od chleba. Dość słodkie. Lekko kwaskowaty aftertaste, pochodzący zapewne od ciemnych słodów.  Niskie wysycenie.

Ogólna zajebistość aka pijalność: O dziwo, spodziewałem się czegoś o wiele gorszego. Jednakże piwko jest całkiem pijalne, można nawet powiedzieć, że sesyjne. Na pewno spory udział w tym ma woda z lodowca. A tak na serio to można spróbować.

Urodzinowy Artezan Château.

Pewien polski, uznany browar rzemieślniczy zakupił i sprowadził do Polski dębową beczkę po winie Bordeaux, która stała się domem dla młodziutkiego piwa, ponoć uwarzonego w belgijskim stylu Dubbel. Tym browarem był Artezan, a piwko dojrzewało sobie w beczce przez jakiś czas. Premiera miała miejsce w połowie lutego 2013, w ilościach ściśle limitowanych. Jak ściśle? Powstało jedynie 240 butelek tego trunku, oraz napełniono nim tylko trzy kegi. Każda butelka otrzymała swój indywidualny numer. By dopełnić obraz „ekskluzywności” pozostaje mi jedynie dodać, iż Artezańskie piwka są generalnie niedostępne na południu Polski.

Artezan ChâteauArtezan ChâteauArtezan Château

Artezan to browar, a tak naprawdę ludzie, których ciężko rozgryźć. Z jednej strony (przynajmniej kiedyś) zależało im, aby tworzone przez nich piwa były pod każdym względem przystępne dla rosnącej rzeszy sympatyków ich działalności. Tym samym, ponoć gdy pewien sklep/knajpa wystawiła butelki Château na sprzedaż w cenie 20pln sztuka,  Artezani szybko wykonali telefon informując, że zakończą współpracę ze sklepem, jeśli ten będzie sprzedawał ich Château z takim przebiciem w postaci marży. Z drugiej strony jednak, oczkiem w głowie Artezana jest Warszawa i na południu Polski wręcz nie sposób doprosić sie możliwości zakupu beczki czy paru skrzynek butelek.

Nie miałem więc złudzeń, iż żeby zdobyć „swoją butelkę” przyjdzie poruszyć mi niebo i ziemię. Oszczędzę Wam jednak tego wyciskającego łzy opisu, jak to dzięki wielkiej przebiegłości i poświęceniu wszedłem w posiadanie butelki z numerem 155. Po prostu trafiło się ślepej kurze ziarno. Nie mniej jednak byłem z tego powodu tak szczęśliwy, że kupiłem tylko jedną butelkę (zamiast wszystkich dostępnych), tak by inni też mogli spróbować tego piwka. Taki dobry ze mnie chłopak był.

Artezan Château to piwo uwarzone w stylu określanym jako Flanders Ale lub Flemish Red. Jest to piwo typu Sour Ale, warzone głównie w Belgii. Podobnie jak piwa typu Lambic, piwo to często długo leżakuje (kilka – kilkanaście miesięcy), a przed rozlaniem mieszane jest z młodszą warką, w celu zbalansowania. Flanders Red Ale zazwyczaj mają silny, owocowy aromat i smak, gdzie najbardziej typowe aromaty to: śliwka, rodzynki, malina, a także pomarańcza oraz „ostrość” pochodząca zapewne od dębu beczki, w której jest leżakowane.

Artezan ChâteauArtezan ChâteauArtezan Château

Swoje Artezan Château, bottle no. 155 postanowiłem otworzyć w swoje urodziny.

Artezan Château

Piana: Kremowa, drobna, mało obfita, ale co dziwne – dość trwała. Osadza się na ściankach.

Barwa: Miedziano-brązowy. Przypomina trochę kompot. Duża klarowność

Zapach:  …zdradza już, że piwko będzie kwaśne. Jednak słodowość sprawia, że aromat nasuwa skojarzenia z aromatem słodkiego, deserowego  wina. Po nalaniu, przez chwilę unosi się drożdżowo-pieprzny aromat belgijskiego piwa. Ale potem, jest już owocowo. Między innymi jest śliwka oraz zapach przejrzałych ostrężyn. Najbardziej przykryta, jednak wyczuwalna jest bardzo pieprzna, trochę spirytusowa nutę dębu. Ogólnie zapach jest ciekawy, dobrze ułożony.

Artezan ChâteauArtezan ChâteauArtezan Château

Smak:  Biorę do ust kolejne łyczki i nie mogę się    nadziwić. Początek, pierwsza sekunda jest orzeźwiająca. Mimo swojego ekstraktu,  piwo jest dość wodniste, co w połączeniu z kwaskowatością potęguje wrażenie lekkości i orzeźwienia.  Chwilę potem do głosu dochodzi kwaskowatość. Jednak w porównaniu do innych Red Flanders Ale, np. tych których miałem okazję próbować na Birofilii, ten element nie dominuje piwa. Kwaskowatość jest taka jak trzeba. Jest idealna.

Mija kolejna sekunda i czujemy też pełnię oraz spiciness przypominającą tą z belgijskiego Ale. Finisz to owocowość, przechodząca, uwaga: w mięte(jako wrażenie; nie zapach albo „smak”) – zaznaczoną szczególnie na podniebieniu. Czuć też pieprzność dębu.

Pijalność aka ogólna zajebistość: Czytając recenzje piwa Artezan Château na blogach, na przełomie marca i kwietnia można było odnieść wrażenie, że za pół roku przyjdzie mi recenzować wyszukany, aczkolwiek niezbyt udany wynalazek. Jednak drożdże zamknięte w butelce(piwo jest refermentowane), ciężko pracowały przez te 7 miesięcy. To naprawdę udane piwo. Może jednak powinienem był wykupić wtedy wszystkie butelki?Artezan Château

P.S. Doszły mnie słuchy, że Artezani mają w planach wrócić kiedyś do swojego Château…

W międzyczasie. Yakima Red.

W międzyczasie, bo postanowiłem sobie dogodzić w te urodziny, co też niechybnie wyjdzie na jaw i to w dodatku na moim blogu. W międzyczasie bo „też czerwone”; w międzyczasie bo ostatnio czasu mało, by rozładowywać tą piętrzącą się kolejkę butelek, które czekają na swoją kolej, by uraczyć swoją zawartością moje podniebienie.Meantime Yakima Red

Tym samym wyjątkowo, bez przydługich wstępów, naciąganych metafor i pokrewnego arsenału środków stylistycznych w jakie obfituje mój blog.

Oto…

Yakima Red. Meantime Brewing Company.

Piana: Śnieżnobiała, średniopęcherzykowata, niezbyt obfita. Otrzymuje się kilka minut, osadza się na ściankach, zostawia cieniutki kożuszek.

Barwa: Rubinowa/malinowa miedź, klarowny.

Meantime Yakima RedMeantime Yakima RedMeantime Yakima Red

Zapach:  Na pierwszy plan wysuwa się aromatyczny chmiel przypominający zapach Pacific Pale Ale, King of Hops i innych „ejli” chmielonych między innymi amerykańskimi odmianami chmieli. Mamy więc „czysty” owocowo-kwiatowy  aromat i… tak naprawdę nic więcej. Zapach piwa często zdradza obecność słodu, tak jednak nie jest w przypadku Yakima Red. I niestety, jak przekonamy się biorąc pierwszy łyk piwa…

Smak: …po którym okazuje się, że słodu praktycznie nie ma. Tym samym brakuje ważnego elementu, który mógłby skontrować gorycz, która nie tyle jest silna, lecz garbnikowa, zalegająca i pozostawiająca po sobie mało przyjemny afterstaste. Poza tym piwko jest wodniste(zdecydowanie nie określiłbym go jako full body), posiada aromat popiołu (być może przetrzymano piwko za długo na grzałkach w trakcie zacieru lub warzenia? a może wynika to z użytych słodów? ciężko powiedzieć) oraz wędzonego słodu pszenicznego. Jest też lekko kwaskowate.Meantime Yakima Red

Ogólna zajebistość aka pijalność: Traktować należy to piwko raczej jako ciekawostkę. Może podejść fanom piwa grodziskiego. Reszta może śmiało odpuścić.