Namiętności Carycy Katarzyny II

Rasputin Brouwerij de Molen oraz Emelisse  Russian Imperial StoutJak w temacie – było tych namiętności wiele. Oprócz upodobania do polityki, władzy czy do sporo od siebie młodszych mężczyzn, których czyniła kochankami, Katarzyna II lubiła także piwo. Źródła podają: „reputacja i przyjemność płynąca z picia piwa typu Porter nie ogranicza się jedynie do Wielkiej Brytanii. Jako dowód można przytoczyć fakt, że Portery znane są poczynając od zamarzniętych rejonów Rosji, aż do palących piasków Bengalu i Sumatry. W istocie, Caryca Rosji jest tak rozmiłowana w Porterach, że kilkukrotnie zamówiła znaczne ilości tego trunku, na potrzeby swoje oraz swojego dworu”.

Wiadomo więc, że Caryca Katarzyna zamawiała piwo z Anglii na swój dwór, ale to nie ona odkryła te piwa dla Rosji. To Piotr Wielki zakochał się w Stoutach, w czasie jego wizyty w Anglii w 1698 roku, a opuszczając wyspiarski kraj  zażyczył sobie, aby dostarczono Stouty do Rosji. Wieść niesie, że pierwsza partia zepsuła się w trakcie długiej podróży. Anglicy, jak zwykle zdeterminowani aby zachować twarz, wysłali kolejną partię, tym razem mocniej odfermentowaną, z większą ilością chmielu. Tak, wedle tej historii narodził się imperialny stout, obecnie określany częściej jako „rosyjski”.

Tak naprawdę jednak, kiedy car Piotr Wielki otworzył Rosję na zachód początkiem XVIII wieku, czarne „ejle” – „Portery” przeżywały swój złoty wiek i były tym, czego chciał konsument w tamtych czasach – mocniejszego, bardziej nachmielonego piwa. Siłą rzeczy raczej to, a nie trudy transportu zadecydowało o tym jakie piwo dostali Rosjanie.Rasputin Brouwerij de Molen

Gusta Brytyjczyków się jednak zmieniały, a „carowie” Związku Radzieckiego nie sprowadzali już piwa z Wielkiej Brytanii. Portery właściwie wyginęły w połowie XX wieku, imperialne stouty zakończyły swój żywot na początku lat 90 ubiegłego wieku i… właściwie nie miałbym dzisiaj o czym pisać gdyby nie piwna rewolucja amerykańska i boom na piwa warzone „w duchu craft”. A ten duch to w uproszczeniu: warzyć wszystko bardziej intensywnie, naginać istniejące granice i poszukiwać nowych. Dzisiejsze Russian Imperial Stouty idą jeszcze dalej w swej „imperialności”, niż te warzone na carski dwór.

Emelisse Imperial Russian Stout

Piana: Bardzo drobna, bardzo trwała, koloru brązowego cukru

Barwa: Nieprzejrzysta czerń.

Emelisse  Russian Imperial StoutEmelisse  Russian Imperial Stout

Emelisse  Russian Imperial StoutEmelisse  Russian Imperial Stout

Zapach: Palone słody, lukrecja, wanilia, wyraźny aromat szlachetnego chmielu oraz nuty alkoholowe.

Smak: Słodycz pojawia się tylko na chwilę. Zaraz potem pojawia się pędzący z dużą prędkością prawy prosty złożony z alkoholu, oraz naprawdę mocnej, i raczej nieprzyjemnej taninowej goryczy, która zatruwa zarówno finish, jak i aftertaste. Niestety wszystkie niuanse takie jak aromat czekolady czy rodzynki giną, zostają skutecznie zagłuszone. Raczej niskie wysycenie.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Piękna piana, złożony aromat. Niestety gorycz obecna w piwie skłania do refleksji czy nie dodano na czas leżakowania płatków dębowych i czy aby nie dodano ich zdecydowanie za dużo. Ewentualnie czy jakiś palony słód się nie przypalił podczas gotowania brzeczki. Piwo w tej postaci nie jest pijalne – można sobie śmiało odpuścić. Ten „rusek” ma 11% zawartości alkoholu.

Rasputin Brouwerij de Molen

Piana: Bardzo drobna, niezbyt obfita i nietrwała. Kolor taki sam jak w przypadku Emelisee.

Barwa: Nieprzejrzysta czerń.

Rasputin Brouwerij de Molen Rasputin Brouwerij de Molen

Rasputin Brouwerij de Molen Rasputin Brouwerij de Molen

Zapach: Jest toffee, lukrecja, melasa, skórka ciemnego chleba i alkohol. Co ciekawe, nie ma w zapachu wyraźnych: palonego słodu, czekolady czy kawy – często obecnych w piwach tego gatunku. Zapach jest przyjemny, harmonijny jednak niespecjalne złożony. Brak mu ciekawych akcentów, w które Russian Imperial Stouty obfitują.

Smak: Jeszcze bardziej wytrawny od Emelisse, jednak gorycz jest lepiej ułożona, jest też w tej goryczy pewna ziołowość. Czarny, trochę kremowy w odczuciu płyn, po przełknięciu rozgrzewa żołądek (10,4% ABV). Gorycz jest ściągająca i nieco zalegająca. Aftertaste, jeśli pominie się intensywność goryczy   , przypomina cappuccino. Nisko wysycone. W piwie unoszą się drobinki drożdży.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Rasputin jest dla mnie odrobinę zbyt wytrawny. Warto też zaznaczyć, że zyskuje gdy ogrzejemy je do około 16 stopni. Ciekawostką jest fakt, że Brouwerij de Molen miał problem z nazwą dla tego piwa, z tego powodu Rasputin został w późniejszym czasie przemianowany na Disputin (w wolnym tłumaczeniu „wykłócać się”), a także był warzony pod nazwą Cease & Desist.

P.S Niedługo, browar Pinta będzie miał dla nas coś dobrego, sprzedawanego w buteleczkach 0.3l. Ale ciii…. nie słyszeliście tego ode mnie 😉

Reklamy

Urodzinowy Artezan Château.

Pewien polski, uznany browar rzemieślniczy zakupił i sprowadził do Polski dębową beczkę po winie Bordeaux, która stała się domem dla młodziutkiego piwa, ponoć uwarzonego w belgijskim stylu Dubbel. Tym browarem był Artezan, a piwko dojrzewało sobie w beczce przez jakiś czas. Premiera miała miejsce w połowie lutego 2013, w ilościach ściśle limitowanych. Jak ściśle? Powstało jedynie 240 butelek tego trunku, oraz napełniono nim tylko trzy kegi. Każda butelka otrzymała swój indywidualny numer. By dopełnić obraz „ekskluzywności” pozostaje mi jedynie dodać, iż Artezańskie piwka są generalnie niedostępne na południu Polski.

Artezan ChâteauArtezan ChâteauArtezan Château

Artezan to browar, a tak naprawdę ludzie, których ciężko rozgryźć. Z jednej strony (przynajmniej kiedyś) zależało im, aby tworzone przez nich piwa były pod każdym względem przystępne dla rosnącej rzeszy sympatyków ich działalności. Tym samym, ponoć gdy pewien sklep/knajpa wystawiła butelki Château na sprzedaż w cenie 20pln sztuka,  Artezani szybko wykonali telefon informując, że zakończą współpracę ze sklepem, jeśli ten będzie sprzedawał ich Château z takim przebiciem w postaci marży. Z drugiej strony jednak, oczkiem w głowie Artezana jest Warszawa i na południu Polski wręcz nie sposób doprosić sie możliwości zakupu beczki czy paru skrzynek butelek.

Nie miałem więc złudzeń, iż żeby zdobyć „swoją butelkę” przyjdzie poruszyć mi niebo i ziemię. Oszczędzę Wam jednak tego wyciskającego łzy opisu, jak to dzięki wielkiej przebiegłości i poświęceniu wszedłem w posiadanie butelki z numerem 155. Po prostu trafiło się ślepej kurze ziarno. Nie mniej jednak byłem z tego powodu tak szczęśliwy, że kupiłem tylko jedną butelkę (zamiast wszystkich dostępnych), tak by inni też mogli spróbować tego piwka. Taki dobry ze mnie chłopak był.

Artezan Château to piwo uwarzone w stylu określanym jako Flanders Ale lub Flemish Red. Jest to piwo typu Sour Ale, warzone głównie w Belgii. Podobnie jak piwa typu Lambic, piwo to często długo leżakuje (kilka – kilkanaście miesięcy), a przed rozlaniem mieszane jest z młodszą warką, w celu zbalansowania. Flanders Red Ale zazwyczaj mają silny, owocowy aromat i smak, gdzie najbardziej typowe aromaty to: śliwka, rodzynki, malina, a także pomarańcza oraz „ostrość” pochodząca zapewne od dębu beczki, w której jest leżakowane.

Artezan ChâteauArtezan ChâteauArtezan Château

Swoje Artezan Château, bottle no. 155 postanowiłem otworzyć w swoje urodziny.

Artezan Château

Piana: Kremowa, drobna, mało obfita, ale co dziwne – dość trwała. Osadza się na ściankach.

Barwa: Miedziano-brązowy. Przypomina trochę kompot. Duża klarowność

Zapach:  …zdradza już, że piwko będzie kwaśne. Jednak słodowość sprawia, że aromat nasuwa skojarzenia z aromatem słodkiego, deserowego  wina. Po nalaniu, przez chwilę unosi się drożdżowo-pieprzny aromat belgijskiego piwa. Ale potem, jest już owocowo. Między innymi jest śliwka oraz zapach przejrzałych ostrężyn. Najbardziej przykryta, jednak wyczuwalna jest bardzo pieprzna, trochę spirytusowa nutę dębu. Ogólnie zapach jest ciekawy, dobrze ułożony.

Artezan ChâteauArtezan ChâteauArtezan Château

Smak:  Biorę do ust kolejne łyczki i nie mogę się    nadziwić. Początek, pierwsza sekunda jest orzeźwiająca. Mimo swojego ekstraktu,  piwo jest dość wodniste, co w połączeniu z kwaskowatością potęguje wrażenie lekkości i orzeźwienia.  Chwilę potem do głosu dochodzi kwaskowatość. Jednak w porównaniu do innych Red Flanders Ale, np. tych których miałem okazję próbować na Birofilii, ten element nie dominuje piwa. Kwaskowatość jest taka jak trzeba. Jest idealna.

Mija kolejna sekunda i czujemy też pełnię oraz spiciness przypominającą tą z belgijskiego Ale. Finisz to owocowość, przechodząca, uwaga: w mięte(jako wrażenie; nie zapach albo „smak”) – zaznaczoną szczególnie na podniebieniu. Czuć też pieprzność dębu.

Pijalność aka ogólna zajebistość: Czytając recenzje piwa Artezan Château na blogach, na przełomie marca i kwietnia można było odnieść wrażenie, że za pół roku przyjdzie mi recenzować wyszukany, aczkolwiek niezbyt udany wynalazek. Jednak drożdże zamknięte w butelce(piwo jest refermentowane), ciężko pracowały przez te 7 miesięcy. To naprawdę udane piwo. Może jednak powinienem był wykupić wtedy wszystkie butelki?Artezan Château

P.S. Doszły mnie słuchy, że Artezani mają w planach wrócić kiedyś do swojego Château…

W międzyczasie. Yakima Red.

W międzyczasie, bo postanowiłem sobie dogodzić w te urodziny, co też niechybnie wyjdzie na jaw i to w dodatku na moim blogu. W międzyczasie bo „też czerwone”; w międzyczasie bo ostatnio czasu mało, by rozładowywać tą piętrzącą się kolejkę butelek, które czekają na swoją kolej, by uraczyć swoją zawartością moje podniebienie.Meantime Yakima Red

Tym samym wyjątkowo, bez przydługich wstępów, naciąganych metafor i pokrewnego arsenału środków stylistycznych w jakie obfituje mój blog.

Oto…

Yakima Red. Meantime Brewing Company.

Piana: Śnieżnobiała, średniopęcherzykowata, niezbyt obfita. Otrzymuje się kilka minut, osadza się na ściankach, zostawia cieniutki kożuszek.

Barwa: Rubinowa/malinowa miedź, klarowny.

Meantime Yakima RedMeantime Yakima RedMeantime Yakima Red

Zapach:  Na pierwszy plan wysuwa się aromatyczny chmiel przypominający zapach Pacific Pale Ale, King of Hops i innych „ejli” chmielonych między innymi amerykańskimi odmianami chmieli. Mamy więc „czysty” owocowo-kwiatowy  aromat i… tak naprawdę nic więcej. Zapach piwa często zdradza obecność słodu, tak jednak nie jest w przypadku Yakima Red. I niestety, jak przekonamy się biorąc pierwszy łyk piwa…

Smak: …po którym okazuje się, że słodu praktycznie nie ma. Tym samym brakuje ważnego elementu, który mógłby skontrować gorycz, która nie tyle jest silna, lecz garbnikowa, zalegająca i pozostawiająca po sobie mało przyjemny afterstaste. Poza tym piwko jest wodniste(zdecydowanie nie określiłbym go jako full body), posiada aromat popiołu (być może przetrzymano piwko za długo na grzałkach w trakcie zacieru lub warzenia? a może wynika to z użytych słodów? ciężko powiedzieć) oraz wędzonego słodu pszenicznego. Jest też lekko kwaskowate.Meantime Yakima Red

Ogólna zajebistość aka pijalność: Traktować należy to piwko raczej jako ciekawostkę. Może podejść fanom piwa grodziskiego. Reszta może śmiało odpuścić.

Czego boi się prezydent Obama?

Wiele z etykiet piw Wychwood Brewery swój wygląd zawdzięcza inspiracjom w postaci mitów i legend, związanych z historycznym lasem WychWood w Wielkiej Brytanii.  Cały branding tego browaru rzemieślniczego zakotwiczony jest w klimacie fantasy. Jest wszystko: gadżety, koszulki, eventy, Puby, a nawet (tu z lekkim przekąsem) piwa!  Wisienkę na torcie tworzy strona internetowa, pełna animacji i dźwięków, niczym z komputerowej gry RPG. Niektóre z animacji są interaktywne i najeżdżając kursorem myszki na goblina śpiącego na gałęzi, bądź klikając w niego, możemy zobaczyć jak się budzi i wygraża nam ręką.

King GoblinKing GoblinKing Goblin

Nie jestem fanem takich fajerwerków i jako Web Developerowi bardzo ciężko jest mi się powstrzymać przed wypisywaniem uwag odnośnie działania witryny, to jednak muszę przyznać, że jest oryginalnie.  Dobry pomysł i to dobrze wyeksploatowany.

Sam Hobgoblin, jako receptura powstał w 1988 na zlecenie pewnego posiadacza ziemskiego, który wydawał swoją córkę za mąż.  Jednemu z założycieli browaru, który jednocześnie był odpowiedzialny za receptury, wyszło wtedy „piwo życia”. Niezwykle udane piwo stało się potem okrętem flagowym Wychwood Brewery, zyskując status piątego, najlepiej sprzedającego się butelkowanego Ale w Wielkiej Brytanii.  King Goblin

Przez lata wraz z piwem, klarował się także przekaz/marketing Wychwood Brewery. Głównym mottem czy też hasłem reklamowym piwa Hobgoblin (a nawet całego browaru) było hasło: „What’s the matter Lagerboy, afraid you might taste something?” co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „No i co, chłoptasiu od Lagerów – boisz się spróbować czegoś posiadającego smak?”. Później doszła wersja z okazji Halloween, przekorne:  „Afraid of the dark, Lagerboy?” („boisz się ciemności, lagerowy chłopcze?”).

Najlepsze jednak wynikło ze spotkania „grubych ryb” na szczycie G-20 w Toronto, w 2010 roku, gdzie premier UK, David Cameron oraz prezydent USA Barrack Obama, wymienili się butelkami piwek pochodzących z ich home towns. Cameron wręczył Obamie dwanaście butelek Hobgoblina. Obama miał oczywiście w zanadrzu jakiegoś sikacza. Popstrykały trochę flesze aparatów, po czym Obama stwierdził, że będzie degustował otrzymany podarunek schłodzony (czytaj: dużo niżej niż optymalne 15,5C dla Dark/Rich Ale). Na reakcję Wychwood Brewery oczywiście nie trzeba było długo czekać. Wkrótce potem w sklepie browaru  pojawiły się koszulki z napisem: „What’s the matter Obama, afraid you might taste something?”. Marketing z jajami.David_Cameron_and_Barack_Obama_at_the_G20_Summit_in_Toronto

Piwko, które opiszę, to właściwie mocniejsza i bardziej zróżnicowana pod względem aromatu odmiana Hobgoblina. Co ciekawe, Wychwood Brewery zarzeka się, że ta specyficzna odmiana, czyli King Goblin, warzona jest tylko podczas pełni księżyca 😉

King Goblin. Wychwood Brewery.

Piana: Lekko beżowa, po 3-4 minuta opada do 5mm kożuszka. Osadza się na ściankach szklanki.

Barwa: Miedziane, o dużej klarowności. Szczególnie korzystnie prezentuje się w pokalu/snifterze, gdzie wydaje się być ciemniejsze, miedziano-brązowe.

Zapach: Winny, lekko kwaskowaty aromat, troszeczkę bijący po nosie alkohol. Delikatnie owocowy(rodzynki i czereśnia, szczególnie uwydatniona w wyższej temperaturze) i ziołowy. Dodatkowo wyczuwalny aromat orzeszków koli. Co ciekawe, zarówno zapach i smak polepsza się, gdy piwo postoi  5 – 10 minut.

King GoblinKing GoblinKing Goblin

Smak: Raczej próżno szukać u Króla Goblinów słodyczy. No cóż, zewsząd wiadomo, że gobliny do przyjemniaczków nie należą 😉 Dopiero gdy przyzwyczaimy podniebienie do kwaskowatości oraz „zbożowej” goryczy, ujawni się nam trochę słodu.  Finisz goryczkowy, taki trochę ściągający, garbnikowy. Całkiem niezły aftertaste. Piwo jest stosunkowo nisko wysycone.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Zalecam degustację w raczej wysokiej dla piwa temperaturze, oscylującej wokół tej zalecanej dla ciężkich Ale. Mnie najlepiej smakowało w temperaturze 14 stopni. Piwko staje się wtedy bardzo pijalne, i o dziwo dość złożone jak na Ale, chociaż już nie tak orzeźwiające. Tym samym King Goblin ląduje w worku piw idealnych na zimowe wieczory. Na czas trzydziestostopniowych upałów, schowałbym go głęboko… w lesie WychWood.

Królewski koncerniak. Leffe Royale.

Wyedukowały nas reklamy, że piwo to napój, którego produkcja wymaga od browarnika wiedzy, cierpliwości i czasu. Nadmierne epatowanie określeniem „tradycyjny” w połączeniu z „receptura” zakotwiczyły w naszej głowie przeświadczenie że i rys historyczny również piwu raczej nie szkodzi.

Nie ma chyba myśli milszej dla wyobraźni piwosza, niż taki obrazek: grupa maniaków odcina się od świata, po to by dnie spędzać na modlitwie i… warzeniu piwa. How sweet.  Powstaje popyt, więc rodzi się i podaż. Stąd, tam gdzie jeszcze jacyś mnisi się uchowali, tam już dawno zapukały browary po licencję na używanie nazwy opactwa. Ile jednak można było znaleźć takich miejsc w XX i XXI wieku? Względnie niewiele.

Dlatego wkrótce rozpoczęły się poszukiwania ruin, o których wiadomo było, że wieki temu były to tereny klasztorne.  Zapewne też wychodziło to koncernom taniej, bo przecież ruiny nie żądają tantiem od używania jakiejś nazwy w celach marketingowych, w przeciwieństwie do obrotnych mnichów ;). Kiedy skończyły się i ruiny, zaczęto grzebać w kronikach, rocznikach i innych źródłach historycznych, w poszukiwaniu zapisków o istniejących w przeszłości opactwach. W efekcie piwa klasztorne ma nawet w swojej ofercie Heineken. Nie inaczej jest w przypadku Leffe, gdzie markę sygnuje potentat w postaci belgijsko-brazylijskiej kompanii piwowarskiej Anheuser–Busch InBev.

Leffe RoyaleLeffe RoyaleLeffe Royale

Sam klasztor, do którego historii nawiązuje piwo Leffe, był na przestrzeni wieków niszczony przez powódź, ogień, stacjonujące/walczące w okolicy klasztoru wojska, rewolucję francuską, a także pierwszą i drugą wojnę światową, gdzie kadzie do produkcji piwa były rekwirowane i przetapiane na armaty/amunicje do nich tychże.  Od czasu Rewolucji Francuskiej nie warzono w klasztorze piwa. Mnisi, którzy powrócili do klasztoru na początku dwudziestego wieku, by po pięćdziesięciu latach wpaść na pomysł sprzedaży licencji na produkcję piwa (sygnowanego nazwą klasztoru), małemu browarowi. A dalej było tak jak w piwnej bajce:  mały browar został wykupiony przez większy.

Obecnie wszystkie piwa marki Leffe produkowane są w browarze Stella Artois w Leuven.

Leffe Royale

Piana: Śnieżnobiała, dość obfita, średnio-pęcherzykowata piana. W miarę trwała, opadając osadza się na ściankach kufla. Potrzeba długiej chwili, by niestety niemal całkowicie zanikła.

Barwa: Klarowne złoto.

Zapach: Drożdże, słód i alkohol.  Na szczęście jest coś jeszcze, co często określane jest aromatem „przyprawowym”. Ten tutaj kojarzy mi się konkretnie z korzennym zapachem piernika / cynamonu, ale niestety to najbardziej ulotna część bukietu tego „królewskiego” Leffe.

Leffe RoyaleLeffe RoyaleLeffe Royale

Smak: Trochę nachalne, słodkie nuty alkoholowe, które szczególnie dominują aftertaste. Ten z kolei utrzymuje się dość długo, ale nie można o nim powiedzieć, że „zalega” na języku/podniebieniu. Niskie wysycenie. Oprócz słodu także nuty chlebowe (lekko przypalony tost). Lekka goryczka, ale kubki smakowe upierają się, że u jej źródła leżą drożdże, a nie chmiel (mimo, że piwo jest dość  klarowne i odfiltrowane z gęstwy drożdżowej, to całość nasuwa właśnie takie skojarzenia).

Ogólna zajebistość aka pijalność: Gdyby alkohol nie bił tak po nosie, i nie zostawał na podniebieniu, piwko byłoby nawet pijalne. Leffe Royale niczym mnie jednak nie urzekło, ani nie zachwyciło. Znacznie lepiej wypada braciszek(siostrzyczka?) Blonde, które zamiast „Strong” jest „Pale”.  Można śmiało odpuścić.

Wodorosty i piwo. Kelpie Seaweed Ale.

Uwielbiam gdy piwo ma swoją historię. Kelpie Seaweed Ale, z browaru braci Williams nawiązuje do czasu, sprzed przynajmniej 400 lat, kiedy farmerzy szkoccy żyjący na wybrzeżu oraz wyspach Szkocji nawozili zboża używając wodorostów. Oczywiście sposób nawożenia jęczmienia miał wpłynąć na piwo (whiskey i inny bimber, który z niego produkowano). Na etykiecie producent chwali się, że udało im się odtworzyć smak tamtych czasów. Wystarczyło to, aby mnie zaintrygować i w efekcie sprowadziłem sobie buteleczkę, tego trunku.

Kelpie Seaweed Ale
Piwo okazało się trudne, ze względu na małą wyrazistość.

Piana: Znikoma, szybko zanika. Dygresja: długo nie rozumiałem ciśnienia, jakie przynajmniej browar Tyski miał na punkcie piany. Dopóki nie uświadomiłem sobie, że w dobie masowo produkowanych lagerów, gdzie aby ciąć koszty zamiast zbóż używa się kukurydzy, jednym z niewielu sposobów na wyróżnienie swojego sikacza jest właśnie piana. Otóż używając kukurydzy, o wiele trudniej ponoć jest uzyskać taki efekt. Voila! Oto „premium lager beer” ma pianę na dwa palce.

Barwa: Czarne jak noc.

Zapach: Poszukiwania określenia, które pozwoliłoby mi zastąpić eufemizm „przyjemne-bez-zapachu” zajęło mi trochę czasu. Po długiej rozkminie doszedłem do wniosku, że mogę ten zapach nazwać „świeżym”. A gdzieś w tle majaczy tabliczka gorzkiej czekolady.
Smak: Tutaj już bardziej uwydatniły się zapachy, do których nie mogłem się dokopać, mimo, że starałem się nie gorzej niż warchlak na truflowisku 😉 Otóż porównałbym smak (zapach) do oat / milk stouta, tylko, że bez tej natarczywości laktozy, jak w tym drugim przypadku. Dalej, lekko palony, a nawet podwędzany niczym Bock. Próbując z innej strony – w smaku w pewnym sensie niedaleko temu piwu do Kormoran Irish Beer, które mimo, że jest dość pijalne, to żadnych specjalnych fajerwerków na kubkach smakowych po nim nie uświadczycie.

Ogólna zajebistość, aka pijalność: Ogólnie nic specjalnego. Można powiedzieć, że odhaczyłem Seaweed Ale. Nie ma dla mnie jednak w tym piwie nic co sprawiłoby, że zechciałbym kupić drugą butelkę.