Mój własny Braggot.

Jakiś czas temu pochwaliłem się na fejsbuku, że obiecano mi miód. Miód miał być niczego sobie miodkiem pochodzącym z pierwszej ręki od pszczelarza i miał mi posłużyć do uwarzenia „piwa miodowego”. Ilość otrzymanego miodu przerosła moje oczekiwania, przez co postanowiłem zmienić zasady gry i pójść trochę dalej. Dzisiaj opowiem Wam więc o Braggocie.Braggot

Braggot (zwany również bracket, bragot, brakkatt oraz brackett), z języka walijskiego bragawd, to popularny w średniowieczu napój, powstający na bazie słodu i miodu, oraz przyprawiony chmielem. Jednak co ważne dla tego stylu: miód w braggocie gra pierwsze skrzypce. Kiedyś nawet przyrządzany był tylko w oparciu o miód i chmiel, ale receptura bliższa naszym czasom uwzględnia również przygotowywanie brzeczki piwnej. Z tym, że oryginalnie Braggot był często mixem piwa i miodu, gdzie mieszanie składników następowało na krótko przed podaniem trunku przez karczmarza.

Mnie oczywiście zabawa w karczmarza nie interesowała 😉 Do piwa zabrałem się w następujący, dość nietypowy sposób:Braggot

Posiadałem gęstwę drożdżową z uwarzonego wcześniej Stouta, gdzie użyłem suchych drożdży Safale US-05. Drożdże te mają bardzo wysoką tolerancję na alkohol, jednocześnie dają piwu czysty profil. Nieco ponad 3 litry miodu przefiltrowałem, a następnie odrobinę wyjałowiłem, podgrzewając go do temperatury 100 stopni by następnie delikatnie gotować przez około pół godziny. W takim naturalnym miodzie – nie do końca oczyszczonym, mogło znajdować się sporo różnego rodzaju ‚życia’, którego niekoniecznie miałem ochotę zapraszać do fermentora 😉

Jednocześnie przygotowywałem ‚zupkę chmielową’. Wlałem nieco ponad 10 litrów wody do garnka i po zagotowaniu, gotowałem przez nieco ponad 50 minut. Co dziesięć minut dosypywałem dziesięciogramową porcję chmielu – Amarillo. Na chwile przed wyłączeniem palnika dosypałem jeszcze 20g chmielu Willamette. Następnie, tak jak w przypadku miodu, odstawiłem do wystygnięcia.

Braggot

Po wystygnięciu wlałem wszystko do fermentora. Dodatkowo, do fermentora trafiło 1.7kg ekstraktu słodowego, pilzneńskiego, jasnego. Całość uzupełniłem wodą korzystając z zakupionych wcześniej 5 litrowych baniaków wody źródlanej i zamknąłem pokrywę. Nie zakładałem rurki, gdyż nie miało to najmniejszego sensu.

Namnożone drożdże, po swego rodzaju rozgrzewce w postaci przefermentowania dla mnie Stouta podjęły prace bardzo szybko. Bardzo szybko też gęstwa drożdżowa zaczęła uciekać z fermentora przez jedyny dostępny otwór – ten na rurkę fermentacyjną. Sytuacja została względnie opanowana po 5 dniach. Braggot Potem już tylko standardowo: przelanie na cichą, klarowanie i do butelek.  Z jednym małym wyjątkiem. Wiedziałem, że to co otrzymam, to będzie bardzo mocne i wytrawne piwo. To co dla nas jest pysznym miodkiem, dla drożdży jest tylko mieszanką cukrów, którą mogą przetworzyć na alkohol i dwutlenek węgla. Chcąc zachować miodową słodycz w moim piwie musiałem dodać do niego coś, co będzie jednocześnie słodkie i nie zostanie przejedzone przez drożdże.Braggot

Mój wybór padł na Xylitol – słodzik otrzymywany w sposób naturalny z kory brzozy i neutralny dla smaku piwa. Efekt mojej pracy widoczny na zdjęciach. Pozwolę sobie zamiast zwyczajowej recenzji napisać tylko, że chmiel nadał mojemu Braggotowi aromat oraz cierpkość, słód – również aromat oraz esencję piwa, a miód… tego to już trzeba spróbować! 🙂

Reklamy

Amarone barley wine. Birrificio del Ducato – L’Ultima Luna.

Barley Wine – dosłownie „wino jęczmienne”, to określenie, które było zarezerwowane dla najmocniejszego piwa typu Ale, warzonego „na Wyspach”. Po raz pierwszy określenie zostało użyte w 1903 roku przez browar Bass, w kontekście Strong Ale No.1 – piwa wyprodukowanego przez ten browar.Birrificio del Ducato - L’Ultima Luna

W dzisiejszych czasach, post-rewolucyjnych (a mam tu na myśli amerykańską rewolucję piwną), Barley Wine to często piwo o ekstrakcie początkowym 20-30 Blg i większym oraz zawartości alkoholu oscylującej wokół 10 – 15 %. Oprócz potężnego ekstraktu piwo jest także często intensywnie nachmielone, bo jak wiadomo, na fladze wspomnianej rewolucji gęsto od szyszek chmielu 😉 Aczkolwiek biorąc pod uwagę „tradycję” i korzenie wyspiarskie, piwo nie musi mieć 20 Blg i 100 IBU. To co odróżnia Barley Wine od np Imperial IPA, to zazwyczaj bardziej pełne, słodowe body i nieco mniej aromatyczne goryczkowe, jeśli chodzi o sam chmiel.

„Wino jęczmienne”, które mam zamiar za chwile zdegustować, nie pochodzi ani z U.S.A ani z UK. Od jakiegoś czasu nieśmiale degustuje zawartości buteleczek z napisem „made in Italy„, próbując rozeznać się czy obywatele ojczyzny makaronu i sosów do makaronu, piwo warzyć potrafią. Jak dotąd, spróbowanie kilku butelek m.in Revelation Cat mnie nie zniechęciło do dalszych eksploracji i miejmy nadzieję, że piwo, które zaraz zdegustuje także stanie na wysokości zadania.

L’Ultima Luna, to piwo z włoskiego browaru rzemieślniczego Birrificio del Ducato. Z etykiety można odgadnąć (bo nie mogę powiedzieć, że ‚wyczytać’, gdyż nie władam językiem włoskim), że jest to „Reserva 2010”, która spędziła 24 miesiące w beczce oraz to, że moja butelka ma numer 0399. Zapytawszy wujka Google, mogę dalej przypuścić, ze chodzi o beczki po winie Amarone (Amarone della Valpolicella).  Amarone z kolei okazuje się być typowym, wytrawnym, czerwonym winem włoskim, produkowanym z częściowo suszonych szczepów winogron, za pomocą dość wyszukanego procesu ( jak na mój gust 😉Birrificio del Ducato - L’Ultima Luna )

Z kolei na stronie internetowej można wyczytać (już w języku angielskim), że L’Ultima Luna spędza w dębowych beczkach po Amarone 18 miesięcy oraz że piwo ma 13% alkoholu oraz 26 stopni Plato ekstraktu. Autor tak pisze o tym piwie:

Stworzyłem L’Ultima Luna by uczcić narodziny mojego pierworodnego syna, Matteo. W trakcie ciąży, pamiętam, że sen z powiek spędzała mi myśl o charakternym, dobrze wyleżakowanym, posiadającym głębie piwie. Wybierając z moich ulubionych win, mój wybór padł na beczki po Amarone, tak by piwo mogło się odpowiednio utlenić(sic!), wystawione na dostęp tlenu. Inna przesłanką było oddać należną cześć utlenionym winom z Andaluzji oraz ziemiom z których pochodzą, a które są mi bliskie. Chociaż minimum dojrzewania dla takiego piwa to 9 miesięcy, po wielu próbach za optymalny czas uznałem 18 miesięcy.

Bazując na pracy Salvadora Dali oraz Saint-Exupery , surrealistyczna etykieta ukazuje obraz dziecka podnoszącego morze. Piwo wyróżnia się niespotykanymi w swej złożoności utlenionymi aromatami skóry, skórki sera, Madery, drewna oraz prażonych migdałów. Coś co lubię uczynić z tym piwem to zostawić otwartą butelkę, by spróbować jej dopiero po trzech miesiącach.

Birrificio del Ducato – L’Ultima Luna

Piana: Praktycznie nie powstała po przelaniu do szklanki. Kilka grubych, szybko znikających pęcherzyków – to wszystko.

Birrificio del Ducato - L’Ultima LunaBirrificio del Ducato - L’Ultima LunaBirrificio del Ducato - L’Ultima Luna

Barwa: Miedzany, silnie zmętniały, wręcz błotnisty.

Zapach: Dość ostry, winny. Mamy suszone owoce (gruszki, śliwki), taninę, nuty alkoloholowe, cherry, imbir.

Smak: Początek to spora doza karmelu, który w kilka sekund ustępuje pola taninie/płatkom dębowym. Finisz winny, lekko kwaskowaty. Przyjemny, nieco zalegający aftertaste, będący mieszanką wytrawnego wina oraz gęstej słodowej brzeczki. Wysycenie znikome.Birrificio del Ducato - L’Ultima Luna

Ogólna zajebistość aka pijalność: Piwo posiadające nie tylko ciekawą historię, ale także i smak. zainspirowało mnie do poszukania sobie butelki Amarone. Mimo, że wina nie pije, to moje sensoryczne zboczenie nakazuje mi czasami nie odmówić sobie małej lampeczki, gdy mnie ktoś częstuje. A resztę zawsze może wypić moja lepsza połowa 😉

Współczesny gruit. Rhub’ IPA

W zeszłym odcinku… rozpisałem się co nieco na temat gruitu – piwa, które zamiast chmielu, przyprawiane jest mieszanką ziołową, a którego warzenie było z różnych względów bardzo popularne w Średniowieczu. Nøgne Ø Rhub’IPA

Dzisiaj opowiem nieco o ‚współczesnym’ gruicie, jakim jest piwo uwarzone z ‚dodatkiem’ albo najlepiej z ‚dodatkami’. Otóż mieszanki ziołowe nie powróciły do mainstreamu po udanej, amerykańskiej rewolucji piwnej. Gdy mikro-browary w USA uwarzyły już najbardziej chmieloną IPĘ, najmocniejszego Imperialnego Stouta, bardziej niż niemieckiego Gose czy Kölsha, a nawet piwo bardziej wytrawne i kwaśne niż te z Flandrii, to aby przyciągnąć klienta czymś czego jeszcze wcześniej nie było, browarom zostało jedynie warzenie piwa z wkładem.

A zatem mamy:

  • Bacon Maple Ale od Rouge’a. Warzone z dodatkiem syropu klonowego oraz bekonu wędzonego drewnem z jabłoni.
  • Orkiszowe z czosnkiem uwarzone przez browar Kormoran.
  • Piwo uwarzone z użyciem 200000 letniej wody z lodowca – Ice Fjord Lager.
  • Piwo z dodatkiem wodorostów – Williams Brothers Brewing Company i jego Kelpie Seaweed Ale.
  • Piwo z dodatkiem ziaren Quinua, a także orzecha palmowego, banana, kokosu… czyli piwa Mongozo.
  • Piwo z dodatkiem papryczek chilli. Za przykład może służyć choćby nasz rodzimy Grand Imperial Chili Porter, z browaru Amber.
  • Piwo o smaku Pizzy.
  • Tutankhamun Ale, czyli piwo uwarzone na podstawie znalezisk z wykopalisk w Egipcie. Wyprodukowano 1000 butelek, które sprzedano do domu handlowego Harrods, należącego do Mohamad Al Fayed’a, Egipcjanina z pochodzenia.
  • Celest Jewel Ale, czyli piwo z dodatkiem zmielonego kawałka meteorytu. Browar Dogfish Head z Delaware do produkcji użył pyłu z utłuczonych księżycowych meteorytów. Nawet miało to jakiś sens, ponieważ kamienie z kosmosu zawierają minerały i sole, a te z kolei wspomagają proces fermentacji i uwypuklają niektóre jego cechy, jak np goryczka. W ramach ciekawostki: piwowarzy pozyskali egzotyczny dodatek dzięki firmie ILC Dover, zajmującej się produkcją kombinezonów dla NASA.
  • Piwo „Space Barley” czyli  wynik kooperacji Rosyjskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Okayama i browaru z Sapporo. Do produkcji użyto jęczmienia, który przez 5 miesięcy przebywał w kosmosie, na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
  • W sumie, to długo by wymieniać.

Jako, że mam słabość do takich piwnych wynalazków, (co widać choćby po tym, że dużo odnośników bezwstydnie prowadzi z powrotem na mojego bloga 😉 ) to dzisiaj do pokala nalejemy piwo w stylu India Pale Ale, uwarzone z dodatkiem… soku z Rabarbaru.

Saint-Germain – Nøgne Ø Rhub’IPA

Piana: Biała, grubo-pęcherzykowata. Umiarkowanie obfita i raczej nietrwała. Jednak zostaje praktycznie do końca.

Barwa: Złoty, opalizujący.

Nøgne Ø Rhub’IPANøgne Ø Rhub’IPANøgne Ø Rhub’IPA

Zapach: Przyjemne nuty trawiaste, kwiatowe, cytrusowe oraz ziemiste. W aromatach znajdziemy także zapach, który określiłbym jako lekko kwaskowaty(po ogrzaniu nawet ‚kiszony’), landrynkowaty, a także nuty alkoholowe. Tak, w zapachu można wyczuć rabarbar. Ogólnie: bogactwo i balans.

Smak: Na początku po przełknięciu zastajemy dość sporo słodyczy. Potem jest już gorzko, szczególnie na finiszu. Aftertaste dosyć pieprzny i trochę ściągający, ale przyjemny. Duże wysycenie uwypukla goryczkę. Lekka kwaskowatość dodaje piwu polotu. Alkohol (6.9%) jest dobrze ukryty.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Bardzo pomysłowo zrealizowany „Francuz”, refermentowany w butelce. 10% dodatku soku rabarbarowego idealnie komponuje się ze stylem piwa, gdzie chmielu i aromatów jest ‚więcej niż zwykle’. Jest to jedno z ciekawszych piw jakie piłem ostatnio i mogę je śmiało polecić. Zaznaczam jednak, ze temperatura mu nie służy. A i gdyby ktoś pytał gdzie jest to tradycyjne, mało estetyczne ‚zdjęcie przy komputerze’ to muszę przeprosić: Rhub IPA zbyt szybko mi ‚wyparowała’ 😉Nøgne Ø Rhub’IPA

Gdybyście się zastanawiali, dlaczego ostatnie tak często wycieram sobie usta (a raczej moje wirtualne pióro) tematem gruita, to jednym z powodów jest to, że… od dłuższego czasu planowałem spróbować się w tym temacie, jeśli o warzenie chodzi. Pomysłami, etykietami oraz samymi buteleczkami z piwem podzielę się za pośrednictwem twarzoksiążkowego fanpejdża.

Gose.

W 1516 roku na Sejmie Krajowym w Ingolstadt, Wilhelm IV, tytułujący się mianem księcia Bawarii podpisał dokument zatytułowany „Jak latem i zimą piwo warzyć i szynkować należy”. Dokument dość precyzyjnie regulował takie sprawy jak ceny piwa oraz wymieniał dozwolone składniki do produkcji piwa: woda, jęczmień i chmiel.Gose - Westbrook Brewing Co.

Dokument powszechnie znany jako Reinheitsgebot („Prawo czystości”) na wieki zapisał się w świadomości niemieckiej. Do tego stopnia, że czterysta lat później, w 1906 oraz 1956 roku, ustawy regulujące temat warzenia piwa w całych Niemczech pozwoliły sobie jedynie na dodanie drożdży, jako czwartego, dozwolonego składnika używanego do produkcji piwa. A niecałe pięćset lat później(1993r.) „Prawo czystości” sprowokowało dyskusję, czy piwo takie jak Tarta czy Harnaś, warzone przy użyciu mąki kukurydzianej zasługuje na miano „piwo”.

Do dzisiaj historycy spierają się co do przyczyny powstania „Prawa czystości”. Jedni twierdzą, że główną przyczyną była potrzebą regulacji wykorzystania pszenicy, tak aby lud spragniony piwa, nie zapomniał przy tym o pieczeniu chleba. Inne wytłumaczenie to fakt, że w średniowieczu popularne były gruity. Gruit to piwo, gdzie zamiast chmielu, do jego przyprawienia używa się ziół. Jak można założyć, nie tylko ze względów praktycznych (np. „chmielu nie było akurat pod ręką”) lecz w celu wywołania dodatkowych efektów, gdyż składniki gruitu w środowisku fermentacyjnym mogą potęgować swoje działanie. Inklinacje w stronę takich używek nie są wymysłem XX wieku. Ludzie od zawsze szukali sposobów na oderwanie się od rzeczywistości i można się domyślać, iż substancje halucynogenne i psychoaktywne były pożądane wśród średniowiecznych piwoszy. Ale, jak to zwykle bywa, państwo wtrąca się w życie obywateli, jeśli chodzi o definicję dobrej zabawy i warzenie gruita przestało być legalne 😉

Co ciekawe, interwencja państwa w postaci Reinheitsgebot mogła mieć wymiar polityczny. Trzeba mieć na uwadze, że wprowadzenie tego prawa zbiegło się w czasie z początkami ruchu reformacyjnego w Niemczech, gdzie niektórzy zaczęli zarzucać dostojnikom kościelnym obrastanie w bogactwa oraz np. nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu (tak właśnie: gruitu). Reinheitsgebot bespośrednio uderzał więc w dostojników kościelnych posiadających monopol na mieszankę ziołową gruit (skład często był tajemnicą) oraz w samo piwo wytwarzane przy jej pomocy, która często była narzędziem opodatkowania.Gose - Westbrook Brewing Co.

O Reinheitsgebot wspominam dlatego, że mam zamiar dzisiaj napisać o Gose – piwie niemieckim z okolic Leipzig, któremu udało się wyrwać z kajdan nałożonych przez „Prawo czystości.”  Źródła mówią o ponad tysiącletniej tradycji tego piwa, którego nazwa pochodzi od nazwy rzeki, przepływającej przez miasto Goslar. Temu też Gose częściowo zawdzięcza swój charakter – mianowicie piwo jest słone, gdyż taki charakter miała woda czerpana z okolic Goslar, niegdyś bogatego w kopalnie cynku, miedzi, ołowiu i soli. Kiedy miasto Goslar podupadło ze względu na wyeksploatowanie surowców naturalnych, produkcja i konsumpcja przeniosła się do Leipzig. By zachować oryginalny charakter, piwo warzono z dodatkiem soli. Receptura zakładała także dodatek kolendry. Oba dodatki dyskwalifikowały piwo, w myśl „Prawa czystości”.

Gose - Westbrook Brewing Co.

Oryginalnie Gose było piwem fermentacji spontanicznej. To jest nie zadawano do niego drożdży, ufając, ze te dzikie, znajdujące się w powietrzu, z pomocą matki Natury zrobią swoje. Tak jeszcze produkowano to piwo około 1740. Jednakże, skłonność do pospieszania matki Natury tkwiła w ludziach od zawsze. Ponad sto lat później, piwowarzy niemieccy odkryli, jak uzyskać ten sam rezultat, używając drożdży górnej fermentacji oraz bakterii produkujących kwas mlekowy.

Wiek XX to wiek, kiedy wiele tradycji warzenia piwa znalazło swój koniec, by na fali rewolucji amerykańskiej narodzić się na nowo. Nie inaczej było w przypadku Gose, które tak jak inne piwa, przeżywa teraz swój renesans. W 2012 roku Westbrook Brewing Co. z Południowej Karoliny, wypuściło swoją interpretację na temat Gose. Zobaczmy co też pod kapslem piszczy.

Gose – Westbrook Brewing Co.

Piana: Dość obfita,  drobno i średnio pęcherzykowata, biała. Opada do bardzo chudego kożuszka i zostaje na ściankach.

Barwa:  Cytrynowa / słomkowa. Piwo jest bardzo klarowne (krystaliczne)

Zapach: Pierwsze co zaatakowało moje nozdrza to zapach kiszonej kapusty(sic!). Po chwili jednak, na szczęście do głosu doszły aromaty ziołowe (kolendra, pieprz). Słodowości, drożdży, czy aromatów typowych dla piw pszenicznych tutaj nie uświadczycie 😉

Gose - Westbrook Brewing Co.Gose - Westbrook Brewing Co.Gose - Westbrook Brewing Co.

Smak: Boże co za kwas! Ślinianki zaczynają bardzo intensywnie pracować. Piwo jest słone i kwaśne zarazem. Gdyby nie słoność, śmiało można by porównać odczucia w smaku do tych które towarzyszą szczególnie wytrawnemu egzemplarzowi Lambika. Gose jest przyzwoicie wysycone, co akurat bardzo pasuje do profilu tego piwa (sprawia, że piwo jest bardziej rześkie, orzeźwiające w odbiorze).  Piwo zostawia ciekawy, niecodzienny posmak na języku, ale także zalegający na podniebieniu.Gose - Westbrook Brewing Co.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Nie jestem pewien czy aftertaste był pieprzny-przyprawowy czy to moje kubki smakowe uległy zdrętwieniu, od nadmiaru kwaskowatości i soli. Alkohol jest niewyczuwalny w smaku. Zresztą zbyt dużo go jednak nie ma – całe 4%. Nie jest to piwo sesyjne, ale warto spróbować, choćby dla zaspokojenia swojej ciekawości.

Raciborskie, bynajmniej nie klasyczne.

IMAG0770 (Large)Racibórz „słynie” z produkcji piwa „idealnego”, bezbłędnie trafiającego w gusta większości Polaków. Czy jesteś stary czy młody, gruby czy chudy, Raciborskie Klasyczne na pewno Ci zasmakuje. Dobre pół roku temu z inicjatywy Piwnicy Zamkowej miałem okazję zwiedzić ten browar. Nie będę jednak opowiadał o samej wizycie w Browarze Zamkowym w Raciborzu.

Wystarczy powiedzieć, że zwiedzający w browarze oprowadzani są po prawdziwej linii produkcyjnej, a towarzyszy im osoba, której zadaniem na co dzień jest warzenie piwa, a nie… oprowadzanie wycieczek. A tak właśnie czasami bywa w większych browarach gdzie oprowadza się po muzeum, a nie po linii produkcyjnej, a sam przewodnik z warzeniem piwa niewiele ma wspólnego. Wystarczy więc podkreślić, że: warto. IMAG0776 (Large)

A na zachętę, parę fotek:

IMAG0772 (Large)

 

To o czym chciałbym dzisiaj napisać to fakt, że pod nosem browaru na zamku w Raciborzu rośnie „konkurencja” ;). I to nie byle jaka. W browarze restauracyjnym Browar Rynek w Raciborzu, piwowarem jest mark33. O jego warzeniu można śmiało poczytać choćby tutaj.

Marka poznałem w Piwnicy Zamkowej i korzystając z okazji oczywiście zasypałem go milionem pytań. Chwila rozmowy i byłem już onieśmielony metodycznością z jaką podchodzi do warzenia piwa. Jednocześnie nie jest tak, jak to czasami bywa, że metodyczność nie daje szansy kreatywności. IMAG1064 (Large)

Przykładami mogą być – piwo które Marek uwarzył w trakcie pokazu w PZ (a było to a’la Dark Cascadian Ale / Black IPA) lub piwko, które zaraz odkapsluje: Chmielowy Kop. W tym ostatnim kreatywne podejście do tematu polegało na tym, że piwo nie mogło być z gatunku India Pale Ale. Jednocześnie, nie mogło być także ordynarnym „Pejl Ejlem”.

Gdy piłem je po raz pierwszy, byłem niemało zdziwiony. To druga buteleczka, którą degustuje (tu muszę zaznaczyć, że tą przetrzymałem po terminie).

Browar Rynek – Chmielowy Kop

Piana: Biała, drobno-pęcherzykowata, dość trwała. Zostawia mały kożuszek i oblepia ścianki szkła.

Barwa:  Ciemne złoto, klarowne.

Zapach:  Aromaty słodowe, owocowe (bardziej agrest niż cytrusy). Jest też zauważalna ziołowość(estragon, cząber) oraz niestety oznaki utlenienia: miodowy oraz lekka „kiszonka”.

Smak: Na początku mamy pełnię słodową, która stosunkowo długo się utrzymuje, zanim ustąpi miejsca goryczce. Piwko już jest niestety lekko kwaskowate, co nieco zakłóca finish oraz aftertaste, który jest konkretnie goryczkowy – chmielowy kop w podniebienie.

IMAG1069 (Large)IMAG1072 (Large)IMAG1073 (Large)

Pijalność aka ogólna zajebistość: Piwko przetrzymałem w swojej „leżakowni” zbyt długo. Zdążyły uciec aromaty dymu i wędzonki (powstałe w wyniku użycia odpowiedniego słodu), które dawały ciekawe połączenie z Citrą, która z kolei została użyta do chmielenia.  Bywa i tak.

Nie zmienia to faktu, że chcąc napić się wspaniałego Pilsa w naszych okolicach, ma się jedynie dwie możliwości: Chorzowski Reden oraz Browar Rynek w Raciborzu. Dodatkowo, w tym drugim, można spróbować także „pszenicy”, która oprócz Pilsa, jest specjalnością Marka.IMAG1074 (Large)

Namiętności Carycy Katarzyny II

Rasputin Brouwerij de Molen oraz Emelisse  Russian Imperial StoutJak w temacie – było tych namiętności wiele. Oprócz upodobania do polityki, władzy czy do sporo od siebie młodszych mężczyzn, których czyniła kochankami, Katarzyna II lubiła także piwo. Źródła podają: „reputacja i przyjemność płynąca z picia piwa typu Porter nie ogranicza się jedynie do Wielkiej Brytanii. Jako dowód można przytoczyć fakt, że Portery znane są poczynając od zamarzniętych rejonów Rosji, aż do palących piasków Bengalu i Sumatry. W istocie, Caryca Rosji jest tak rozmiłowana w Porterach, że kilkukrotnie zamówiła znaczne ilości tego trunku, na potrzeby swoje oraz swojego dworu”.

Wiadomo więc, że Caryca Katarzyna zamawiała piwo z Anglii na swój dwór, ale to nie ona odkryła te piwa dla Rosji. To Piotr Wielki zakochał się w Stoutach, w czasie jego wizyty w Anglii w 1698 roku, a opuszczając wyspiarski kraj  zażyczył sobie, aby dostarczono Stouty do Rosji. Wieść niesie, że pierwsza partia zepsuła się w trakcie długiej podróży. Anglicy, jak zwykle zdeterminowani aby zachować twarz, wysłali kolejną partię, tym razem mocniej odfermentowaną, z większą ilością chmielu. Tak, wedle tej historii narodził się imperialny stout, obecnie określany częściej jako „rosyjski”.

Tak naprawdę jednak, kiedy car Piotr Wielki otworzył Rosję na zachód początkiem XVIII wieku, czarne „ejle” – „Portery” przeżywały swój złoty wiek i były tym, czego chciał konsument w tamtych czasach – mocniejszego, bardziej nachmielonego piwa. Siłą rzeczy raczej to, a nie trudy transportu zadecydowało o tym jakie piwo dostali Rosjanie.Rasputin Brouwerij de Molen

Gusta Brytyjczyków się jednak zmieniały, a „carowie” Związku Radzieckiego nie sprowadzali już piwa z Wielkiej Brytanii. Portery właściwie wyginęły w połowie XX wieku, imperialne stouty zakończyły swój żywot na początku lat 90 ubiegłego wieku i… właściwie nie miałbym dzisiaj o czym pisać gdyby nie piwna rewolucja amerykańska i boom na piwa warzone „w duchu craft”. A ten duch to w uproszczeniu: warzyć wszystko bardziej intensywnie, naginać istniejące granice i poszukiwać nowych. Dzisiejsze Russian Imperial Stouty idą jeszcze dalej w swej „imperialności”, niż te warzone na carski dwór.

Emelisse Imperial Russian Stout

Piana: Bardzo drobna, bardzo trwała, koloru brązowego cukru

Barwa: Nieprzejrzysta czerń.

Emelisse  Russian Imperial StoutEmelisse  Russian Imperial Stout

Emelisse  Russian Imperial StoutEmelisse  Russian Imperial Stout

Zapach: Palone słody, lukrecja, wanilia, wyraźny aromat szlachetnego chmielu oraz nuty alkoholowe.

Smak: Słodycz pojawia się tylko na chwilę. Zaraz potem pojawia się pędzący z dużą prędkością prawy prosty złożony z alkoholu, oraz naprawdę mocnej, i raczej nieprzyjemnej taninowej goryczy, która zatruwa zarówno finish, jak i aftertaste. Niestety wszystkie niuanse takie jak aromat czekolady czy rodzynki giną, zostają skutecznie zagłuszone. Raczej niskie wysycenie.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Piękna piana, złożony aromat. Niestety gorycz obecna w piwie skłania do refleksji czy nie dodano na czas leżakowania płatków dębowych i czy aby nie dodano ich zdecydowanie za dużo. Ewentualnie czy jakiś palony słód się nie przypalił podczas gotowania brzeczki. Piwo w tej postaci nie jest pijalne – można sobie śmiało odpuścić. Ten „rusek” ma 11% zawartości alkoholu.

Rasputin Brouwerij de Molen

Piana: Bardzo drobna, niezbyt obfita i nietrwała. Kolor taki sam jak w przypadku Emelisee.

Barwa: Nieprzejrzysta czerń.

Rasputin Brouwerij de Molen Rasputin Brouwerij de Molen

Rasputin Brouwerij de Molen Rasputin Brouwerij de Molen

Zapach: Jest toffee, lukrecja, melasa, skórka ciemnego chleba i alkohol. Co ciekawe, nie ma w zapachu wyraźnych: palonego słodu, czekolady czy kawy – często obecnych w piwach tego gatunku. Zapach jest przyjemny, harmonijny jednak niespecjalne złożony. Brak mu ciekawych akcentów, w które Russian Imperial Stouty obfitują.

Smak: Jeszcze bardziej wytrawny od Emelisse, jednak gorycz jest lepiej ułożona, jest też w tej goryczy pewna ziołowość. Czarny, trochę kremowy w odczuciu płyn, po przełknięciu rozgrzewa żołądek (10,4% ABV). Gorycz jest ściągająca i nieco zalegająca. Aftertaste, jeśli pominie się intensywność goryczy   , przypomina cappuccino. Nisko wysycone. W piwie unoszą się drobinki drożdży.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Rasputin jest dla mnie odrobinę zbyt wytrawny. Warto też zaznaczyć, że zyskuje gdy ogrzejemy je do około 16 stopni. Ciekawostką jest fakt, że Brouwerij de Molen miał problem z nazwą dla tego piwa, z tego powodu Rasputin został w późniejszym czasie przemianowany na Disputin (w wolnym tłumaczeniu „wykłócać się”), a także był warzony pod nazwą Cease & Desist.

P.S Niedługo, browar Pinta będzie miał dla nas coś dobrego, sprzedawanego w buteleczkach 0.3l. Ale ciii…. nie słyszeliście tego ode mnie 😉

Grenlandzcy rybacy wiedzą jak rąbać lód. Ice Fjord Lager.

Ice Fjord LagerWiemy z reklam, że dobra kawa albo dobra herbata pochodzi z plantacji, gdzie w znoju i ugorze, pracownicy plantacji ręcznie wybierają listki albo ziarna i ładują je do koszyka, przewieszonego przez plecy. Jednocześnie przekaz jest taki, iż gdyby robiłyby to maszyny lub proces byłby w jakiś inny sposób zautomatyzowany,  to końcowy produkt – zebrane ziarno czy rośliny byłby z tego powodu niepełnowartościowe. Tak wygląda w tym przypadku marketing.

Tak się jednak składa, iż gdyby okoliczności sprawiły, że wskazane (przede wszystkim z ekonomicznego punktu widzenia) byłoby zastosowanie maszyn do zbierania herbaty, kawy lub czegokolwiek innego sprzedawanego z otoczką hand- picked, to już dawno by to zrobiono.

Realia są takie, że tam gdzie rośnie kawa czy herbata, pracownikom sezonowym obrabiającym krzaczki z nasion czy liści można zapłacić za pracę niewiele więcej niż dziecku pracującemu w chińskiej fabryce. Dodatkowo warunki klimatyczne czy inne uwarunkowania sprawiają, ze zastosowanie maszyn jest  po prostu niepraktyczne. Tu jednak wkracza marketing, który sprzedaje to co jest i „co musi być” jako coś ekskluzywnego, rzadkiego czy specjalnego. Jest dobrze, „się kręci”.Ice Fjord Lager

Gdy na Brackiej Jesieni stałem pod „ścianą płaczu”, co w moim hobby oznacza nie bankomat, ale wysoki na 2 metry, szeroki na 8 metrów regał z piwami, mój wzrok niechybnie zatrzymał się na… Grønland Ice Cap Beer. Niebieska, krzywo nalepiona etykieta ukazująca lodowiec, wyróżniała się na tle innych. Minęła chwila i wiedziałem już, że moim przeznaczeniem jest nabyć tę butelkę grenlandzkiego lagera. Choćby na wypadek sytuacji, gdyby ktoś kiedyś rzucił do mnie „Hehe. A piłeś kiedyś piwo z Grenlandii?”, na co ja mógł bym hipstersko, bez emocji odrzec: „Piłem zanim to stało się modne.”

A już poważniej, kiedy poprosiłem obsługę aby ściągnęła dla mnie butelkę Ice Fjord Lager z półki celem „pomacania”, moim oczom ukazał się następujący opis:

Ten premium arctic lager warzony jest przy użyciu wody pochodzącej ze 180000 letniej, grenlandzkiej pokrywy lodowej. Lód jest ręcznie wybierany przez lokalnych rybaków w Ilulissat. Krystalicznie czysta woda, połączona z najlepszymi surowcami tworzą unikalne smakowe doświadczenie, którego nie znajdziesz w żadnym innym piwie na świecie.

Ice Fjord Lager

Bo jak wiadomo, tylko ręcznie zbierany lód nadaje piwu niesamowitego smaku i aromatu. Nawiasem mówiąc, już wiem czemu etykieta jest krzywo nalepiona. Grenlandzki rybak musiał mieć zmarznięte ręce od wybierania lodu.

Przy okazji, mamy do czynienia z ciekawym przypadkiem dysortografii. Tym razem na stronie internetowej czytamy: „(…)whit the unique water analysis in the brewing process. We only use the best ingridients to make shure we make the best beers, and this makes us able to make beers, like no other in the world.”

Ice Fjord Lager

Piana: Bardzo drobna, koloru ciemnobeżowego, powolutku opada przyjmując formę dość skromnego kożuszka.

Barwa: Heban, klarowność: opalizujące.

Ice Fjord LagerIce Fjord LagerIce Fjord Lager

Zapach: Czuć arktyczną świeżość wody wyrąbanej z czapy lodowca… just kidding 😉 Tak naprawdę mamy wyraźny słodowo-karmelowy aromat podbudowany estrami i alkoholem. Tych estrów jednocześnie nie jest na tyle dużo, aby drażniły w tym ciemnym, mocnym Lagerze.

Smak: Chmiel jednak nie rośnie na Grenlandii 😉 Piwo jest wodniste, lekkie, przyjemne w odbiorze. W aromatach dominuje karmel oraz skórka od chleba. Dość słodkie. Lekko kwaskowaty aftertaste, pochodzący zapewne od ciemnych słodów.  Niskie wysycenie.

Ogólna zajebistość aka pijalność: O dziwo, spodziewałem się czegoś o wiele gorszego. Jednakże piwko jest całkiem pijalne, można nawet powiedzieć, że sesyjne. Na pewno spory udział w tym ma woda z lodowca. A tak na serio to można spróbować.