O tym co warto przywieźć z Czech

Nie przypuszczałem, że moja beletrystyka na temat czeskich Svetlych Lezaków, nagoni mi tylu zwiedzających. Przypuszczam, że najwięcej do powiedzenia miał tutaj tytuł posta (zaczynający się od „Co warto przywieźć…”). No i oczywiście Google.

Pamiętam, że przed  wyjazdem do Londynu raz zapytałem wujka Google o coś podobnego. Wpisałem w wyszukiwarkę „co warto przywieźć z Anglii” i moim oczom ukazał się indeks Polaków, chcących dorobić sie przy okazji, jakiejś tam podróży na wyspy i z powrotem. Przewijały się te same pytania: „o to co jest tańsze”, „czy warto kupować elektronikę?”, „ceny Ipadów w UK? „.  Tylko jeden post był interesujący z punktu widzenia turysty –  kogoś kto chciał trochę poznać inna kulturę, odkryć i spróbować czegoś nowego. Dzięki temu wygrzebanemu postowi (niczym perle w beczce gnoju) wiedziałem, że chce spróbować Bovril i Marmite,  a także należy kupić konfitury Wilkin & Sons,  Chipsy z octem, HP Brown Sauce, Ciastka Triffle, likier Pimm’s i jedną z poniższych whiskey/mocniejszych alkoholi:  Southern Comfort, Lagawulin, Talisker czy Oban. zal przy siatce

Tak więc, jeśli trafiłeś tutaj dlatego, że chcesz coś kupić w Czechach w ilościach hurtowych, by potem posprzedawać z zyskiem swoim znajomym, rodzinie, czy na bazarku w swojej wsi, to możesz już dalej nie czytać.

Ba! zachęcam Cię nawet do zamknięcia tego okna przeglądarki internetowej. Mam do Ciebie uraz za to, że o mało co, a nie spróbowałbym marmolady z pomarańczy od Wilkin & Sons, bo zastanawiałeś  się razem z resztą polaczków-dorobkiewiczów, jaką wersję Iphone’a przywieźć, zachwaszczając kilka stron wyszukiwania w Google.

Mini przewodnik, o tym co warto kupić w Czechach, jest podróżą z wózkiem między półkami czeskiego supermarketu. Jest bardzo subiektywnym spojrzeniem na czeskie jedzenie i napoje. Jest to perspektywa kogoś kto przez wiele lat niemal każde wakacje spędzał za czeską(i słowacką) granicą, lub po prostu jeździł tam na zakupy (do Czeskiego Cieszyna mam około 40 km). Czesi (i Słowacy) mają w sklepach kilka fantastycznych rzeczy, których próżno szukać u nas. Wybrane pozycje postaram się opisać.

Słodycze

Zacznijmy od słodkości. W dużej mierze znajdziemy ten sam stuff, jaki śmiało kupilibyśmy w Polsce. Jednak każdy kraj ma swoje „Prince Polo”. Skupię się właśnie na takich produktach, obecnych na czeskim rynku przez lata albo na takich, które się Czechom po prostu generalnie udały. Oto lista:

  • Fidorki – to okrągłe wafelki w różnych smakach.Studentska
  • Lentilki – takie czeskie M&Ms
  • Horalky – wafelki dostępne również w Polsce. Mnie do gustu najbardziej przypadły te o smaku  orzechowym.
  • Studentska. Jedynie słuszna czekolada, jaką można kupić w Czechach. To co wyróżnia studencką od innych czekolad z bakaliami, to zanurzone w niej galaretki o nieregularnych kształtach i wielkościach. Bywa, że można trafić na sezonowe smaki np. Studentska żurawinowa albo gruszkowa.
  • Ledové Kaštany – mnie nigdy specjalnie nie przypadły do gustu. Są jednak niezwykle popularne, a poza tym zauważyłem ciekawą rzecz. Mianowicie często zdarza się, że w supermarkecie np. na stoisku z piwem znajdziemy wieszak z chipsami;  na stoisku z mięsem, obok zestawów na grilla także przyprawy, a także… piwo. I tak dalej. Pewne rzeczy po prostu  idą ze sobą w parze, a pracownicy supermarketu ogarniający layout sklepu, są dla nas niezwykle mili, i tak układają niektóre stoiska, żebyśmy się nie musieli specjalnie nachodzić. Tym samym na stoisku z nabiałem (szczególnie z jogurtami) czasami można znaleźć takie wieszaki / półki z Ledovymi Kasztanami, co sugeruje, że spożywaniu jogurtów ma się w pewnej symbiozie ze spożywaniem Ledovych Kasztanów. Ledove Kasztany
  • Banány v Cokolade. Galaretka o smaku banana oblana czekoladą. Genialne i proste.
  • Kočičí jazýčky (Kocie języki).

Wypisałem co najważniejsze, pewien rodzynek zostawiając sobie na końcu. Tym specjałem jest ciasto czekoladowe „Chocotorta„, by Blue Brand.  Jeśli chcemy zabłysnąć podczas mniej lub bardziej niezapowiedzianej wizyty znajomych w naszym lokum , to Chocotorta sprawdzi się idealnie. Po pierwsze: jest dobra. Po drugie: to ciasto,  w dodatku czekoladowe. A powszechnie wiadomym jest, że godnie jest podejmować gości ciastem, w dodatku czekoladowym.Chocotorta

Po trzecie, ma półroczny termin ważności (a co zabawne – zalecenia producenta mówią o „temperaturze pokojowej”). Musicie przyznać, że nie byle jaka to „trwałość”. Chocotorta  napewno będzie miało szansę doczekać niespodziewanej wizyty znajomych. Jedynie nie wspominajcie im o tym „plusie”. Zresztą na co dzień pewnie jedzą, tak jak ja i Ty, sporo podobnego napakowanego konserwantami stuffu, po prostu nie myśląc o tym jakoś specjalnie i wszystko jest ok.  Każdy wie, że chipsy nie są specjalnie zdrowie, co nie przeszkadza nam ich pochłaniać w sporych ilościach.

Wędliny

Czesi mają spory wybór podsuszanych, pikantnych/paprykowych kiełbasek, a także kiełbas typu „salami”. Nie sposób zrobić zakupy w Czechach, nie ściągając z półki opakowania Budapešťská‚iej, Madarská‚skiej czy innej tego typu kiełbaski, która niemalże się do nas uśmiecha, kiedy suniemy z koszykiem przez Kaufland/Billę/Tesco. Dobra, przynajmniej ja nie potrafię. Do moich faworytów należą Jelení klobása oraz Broska klobasa, które zazwyczaj przygotowuję gotując.

Dalej warto wspomnieć, że w Czechach raczej nietrudno dostać golonkę przez duże G, czyli taką „mocno ponad kilową”, wypełniająca razem z kapustką cały gar. Mniam, mniam. Jeśli masz dość „wypierdków” jakie można dostać u nas w sklepach, można się choćby udać na rynek w Czeskim Cieszynie. Jest tam mięsny, który sprzedaje golonkę w słusznych rozmiarach i w dobrej cenie. Pieczeń

Jako że umieszczam tego posta na blogu o piwie, a jesteśmy przy wędlinach, to nie sposób nie wspomnieć o Utopencach i Spekacky‚ach. Różnica? Zaryzykuję stwierdzenie, że w obu przypadkach mamy do czynienia z kiełbaskami a’la Serdelki, jednak Utopence serwowane są w marynacie. Świetna przekąska, nie tylko do piwa. I aby uniknąć hejta w komentarzach, nazwy „serdelków” użyłem tutaj  jedynie na wyrost. Jeśli przekroicie  „spiekaczkę” albo „utopenca” zauważycie dość spore, jednolite „oka” z tłuszczu. Prawdziwa „spiekczaczka” bowiem zawiera w sobie kawałki słoniny. Zarówno Utopence czy Spiekaczki, odpowiednio przyrządzone, potrafią być wyborne. A jeśli ktoś chce poczuć się jak w Czechach, a wybiera się np. do Bielska-Białej, to polecam Piwnicę Zamkową, gdzie można sobie Utopence zamówić  do piwka, wraz z innymi świetnymi Tapas.

Napoje i alkohol

Piwka już opisałem i regularnie opisuję na swoim blogu. Zainteresowanych odsyłam między innymi tutaj.

Kofola

KofolaNie wiem do czego porównać mógł bym Kofolę. Do Polo Cockty? Ciekawe ilu z spośród ludzi, którzy to przeczytają pamięta jeszcze taki specyfik. W każdym bądź razie Kofola w Czechach żyje i ma się dobrze. Jest to napój coca-cola podobny, jednak w odróżnieniu naszej coli ma profil „ziołowy”. Jest nawet wersja „extra bylinkova” dla tych, którzy szczególnie upodobali sobie ten smak.Kofola

Ponieważ, spragnieni okazji i szukający bazarkowych hitów, przestali czytać już tego blog posta, mogę wtrącić jedyną przydatną im informację: alkohol w Czechach jest generalnie droższy niż w Polsce. Może z wyjątkiem piw (które za podobną cenę są po prostu lepsze), nie zaoszczedzimy specjalnie kupując alkohol w Czechach. Tak czy inaczej nie jestem fanem wysokoprocentowych alkoholi i pisanie „którą wódkę warto kupić” wydaje mi się słabe, jednak o dwóch rzeczach jednak napisać po prostu muszę. Jest to Stock Fernet oraz Absynt. Ale po kolei.

Stock Fernet

Wodka w plastikowym kielieszku

Czterdziestki wódki są wystawiane jak gumy do żucia, zapalniczki, prezerwatywy i inne drobiazgi, które można kupić przy kasie. Urocze 😉

Kosztuje od 99 do 159 CZK (ta pierwsza cena to najlepsza promocja, na jaką udało mi się trafić. Co fajne w Czechach, zauważyłem, że promocję (Akce!) są tam przez duże „P”. Obniżki są sensowne, realne). Stock Fernet to wódka ziołowa. Wieść niesie, że receptura Ferneta sięga czasów przedwojennych, gdzie oryginalnie była to wódka ziołowa -lekarstwo na grypę żołądkową. Zioła potrzebne do wyprodukowania tej wódki były importowane z terenów całej Europy (głowy nie daję, ale chyba nie tylko). W skrócie: potem nastała czerwona kurtyna i było generalnie źle, ale recepturę udało się odtworzyć. Stock Fernet to dobra, ziołowa, wytrawna wódka. Poprawcie mnie, ale nie ma polskiego odpowiednika.

Był Stock, to teraz kolej na Absynt. I czas na minutę ciszy dla uczczenia głupoty Polaków, którzy nawet jeżdżą specjalnie do Czech po Absynt i kupują 60-80%(sic!) mixy/destylaty o smaku mięty, rajcując się niewiadomo czym. „Bo ryje beret” albo ktoś tam powiedział, że prawdziwy Absynt można teraz dostać jedynie w Czechach. Lub cokolwiek.czeski Absinthe

Here is the deal: wszędzie można dać się zrobić w jajko, wszędzie znajdziecie kogoś liczącego na Waszą łatwowierność.  Podniecanie się dużym stężeniem alkoholu jest jednym słowem „niemądre”. Alkohol „smakowy”, powyżej powiedzmy 50% stężenia zaczyna powoli tracić sens ponieważ paraliżuje kubki smakowe. Oryginalny rytuał Absinthe zakłada rozcieńczanie Absyntu wodą w stosunku 1/3 lub 1/5. Tylko debile „kupują jak najmocniejszy” i piją go „as it is„. Co musiało zostać powiedziane, zostało powiedziane.

Oczywiście zrobiłem poglądowe zdjęcie „półki z Absyntem”. Znajdziecie na niej sporo bullshitu. Jeśli ktoś jest zbyt leniwy, aby zrobić research i szuka po prostu wrażeń, niech weźmie butelkę z wysokim stężeniem Thujonu.  Co prawda gdyby to stężenie miało robić jakąkolwiek różnicę i tak nie zostałoby dopuszczone do handlu na terenie EU, ale co tam, lepsze to niż spirytus rozrobiony z miętowym sokiem.

czeski Absinthe czeski Absinthe

Jeśli ktoś jednak chciałby zgłębić temat, to punktem zaczepienia powinno być ogarnięcie różnicy pomiędzy stylem francuskim / szwajcarskim (Absinthe) oraz czeskim, określanym także mianem „Bohemian” (Absinth). Patrząc na sfotografowaną półkę w Tesco, poszukiwaczom mogę polecić Metelka Absinthe Verdoyante.

Sery

Do dowcipów z najdłuższą brodą zaliczam ten, w którym mój tata woła mnie w czeskim supermarkecie stojąc przy lodówce z nabiałem: „Chodź, coś Ci pokażę!”. Oczywiście, wiem co chce mi pokazać – chce mi pokazać „śmierdzące serki”.  Dowcip zdążył się zestarzeć, ponieważ tak jest zawsze, kiedy jedziemy do Czech na zakupy.

Słowacki parzony ser  Olomunckie twarożkiPewnego razu jednak zapytałem ojca, czy do końca życia będzie się naśmiewał z tych serków nie wiedząc jak smakują I z przekory włożyłem opakowanie Olomoucké tvarôžky do koszyka.  Okazały sie bardzo łagodne i smaczne, co więcej, zachęciły do dalszych eksperymentów.

Najbardziej intensywny ze wszystkich okazał się być ser piwny -Jarošovský Pivný Sýr. Jest to rodzaj zakąski jaką możemy czasami zamówić w knajpie u naszych południowych sąsiadów. I tak, w zależności od knajpy, różnie nam ją podadzą, ale cechą wspólną będzie to, że ten dość tłusty serek będzie polany i wymieszany z piwem. Potem można np. rozsmarować go na chlebie.

Na koniec „serów” zostawiłem sobie klasykę gatunku, czyli Korbačiky (Pařený sýr). Są to dostępne od jakiegoś czasu szerzej i w Polsce warkocze serowe. Idealna zakąska do piwa (raz, że świetnie sie komponują, a dwa – są tłuste, a wiec uczestniczą w metabolizmie alkoholu i sprzyjają degustacji 😉 ). Można kupić parzone, wędzone, z przyprawami, i tak dalej. Myślę, że Michał Kopik, na pewno znalazłby w tej kwestii coś dobrego dla siebie.pivny syr

Pieczywo i inne

Gdy opadła żelazna kurtyna w Polsce, często na giełdach i bazarach można było kupić przekąskę – powiew Zachodu – w postaci hot-doga sprzedawanego prosto z Syrenki Bosto co bardziej przedsiębiorczego Polaka. Hot-dog, czyli paluch z musztardą i parówką. Czesi natomiast nie mają(tzn teraz jest wszystko, ale nie jest to mainstream) w sklepach czegoś, co my Polacy nazwalibyśmy „klasyczną bułką typu paluch”. Mają za to Rohliki. Tym samym zamiast hot-dogów, za południową granicą jadło się „Rohlik z parkiem” (czyli Rohlik z parówką).

Czeskie buchticky

Rohlik to taki mniejszy, smuklejszy paluch, niewiele szerszy od parówki. Nie wiedzieć czemu, idealnie przystosowany do pochłaniania Pomazankowego Masła, z którym tworzy mordercze combo (dla każdej diety, chociażby). Pomazankowe Masło z kolei to coś pomiędzy margaryną, a serkiem do smarowania chleba. Polecam szczególnie to uwiecznione na zdjęciu. A przy okazji wizyty na stoisku z pieczywem warto zainteresować się buchtami – České buchtičky (z serem albo marmoladą)

Pomazankowe masło

W Czechach kupimy także tanią musztardę, sprzedawaną w niepozornych opakowania, po około 5 – 7 CZK za sztukę. Jest całkiem ok, od polskich musztard różni się głównie tym, że zawiera zmielone ziarna gorczycy. Mnie szczególnie do gustu przypadła trochę droższa musztarda paprykowa od Snico hořčice. Będąc w Czechach warto też zakupić parę torebek zupy gulaszowej (made by Vitana). Niby  tylko zupa z torebki, ale z jakiegoś powodu, Czesi robią ją lepiej i można użyć jej jako bazy do ugotowania naprawdę smacznej zupy w stylu węgierskim. Gulaszowa polevka

Sałatki

Sałatki w plastikowych opakowania 100-200 gram. Polski horror „jedzenia kupowanego do pracy”. Jeszcze mi się nie udało zakupić w Polsce sałatki, takiej na majonezie, przeznaczonej do „zaspokojenia głodu”, która byłaby chociaż więcej niż ewentualnie jadalna. Tym samym robiąc zakupy w czeskim supermarkecie bardzo łatwo jest pominąć lodówkę z sałatkami. Bo przecież nie są jadalne, prawda?

Parizsky Salat, Mexicky Salat, Diabelski Salat to moje ulubione. A szczególnie ten pierwszy to klasyka gatunku. Pamiętam jeszcze czasy Czeskoslovensko, kiedy rodzicie stołowali się w ichniejszych bufetach. Bufety przypominały dzisiejsze „Deka-Smak”, gdzie kładło się na talerz to co na co się miało ochotę. Końcowy zestaw składał się często z paru rohlików, chochli paryzskiego salatu i zimnego kotleta w panierce.  Dzisiaj oczywiście można kupić sałatki bez problemu w sklepie, pakowane w plastikowe opakowania.

Czeskie sałatki i galaretkiCzeskie sałatki i galaretki

Wcześniej wymieniłem moje top 3. Reszta sałatek też jest ok. Za chybione uważam jedynie Rybi Salat oraz Hermelinowy Salat. Ten pierwszy to zazwyczaj pasta rybna w kiepskim wydaniu. Ta druga to sałatka o smaku serka pleśniowego. Nie podeszła mi wcale. Niedaleko sałatek znajdziemy także przepyszne galaretki („zawitki” 😉 ). Pozycja obowiązkowa. Próbowałem znaleźć coś podobnego w Polsce, jednakże bez zadowalających rezultatów. Widocznie Czesi lubują się w takich przystawkach, bo można znaleźć ich przeróżne rodzaje. Mnie najbardziej smakują te najprostsze:  masa kremowo-chrzanowa zawinięta w plasterek szynki, otoczona jajkiem i ogórkiem konserwowym. I to wszystko zalane galaretką.  Czeskie sałatki i galaretki

Zakończenie

Po głowie kołacze mi jeszcze taki mały follow-up do powyższej przydługiej rozprawki na temat „co warto kupić w Czechach” – opisać kilka knajpek fajnych  w Czechach, które warto odwiedzić. Albo sprzedać „plan” na ciekawą, jednodniową wycieczkę. Gdyby ktoś był zainteresowany takim postem – dajcie znać.

Iron Maiden \m/ 0_o \m/ Trooper.

Kiedy nadchodzące po sobie gwiazdy jednej piosenki, sezonowe boysbandy i Justiny Biebery po swoich pięciu minutach w MTV zostają wymienieni na kolejne egzemplarze swojego gatunku, to  zespoły grające nazwijmy to „ciężką muzykę” potrafią być „na fali” przez lata. A i ich związkowi z fanami towarzyszy często zdecydowanie więcej sentymentu. Będąc fanem zespołu metalowego, obudzony w środku nocy musisz wyrecytować skład swojego zespołu oraz także całą dyskografie, bez zająknięcia.

Iron Maiden TrooperIron Maiden TrooperIron Maiden Trooper

Prezentuję oczywiście troszkę przejaskrawiony obraz , ale i tak najlepiej też jest posiadać te wszystkie płyty w swojej kolekcji, jak i również wspierać swój ulubiony zespół kupując koszulki, czapeczki, spodenki, majteczki, skarpetki, portfele, przypinki, kubeczki, chusty, poduszki, pościele… i długo by tak wymieniać. Z kolei bandy którym się „udało” wiedzą o tym, i by godnie żyć ciągną cały ten merchandising, nie zostawiając swoich wiernych fanów w potrzebie;  prześcigają się wypuszczając kolejne gadżety.  W całym tym szaleństwie oczywiście nie mogło zabraknąć heavy metalowego piwa.

Zazwyczaj w takich wypadkach wypuszcza się lagerowego sikacza w cenie przyzwoitego Russian Imperial Stouta albo Lambica i jest po sprawie. To, że nie skończyło się tak w przypadku naszego Troopera zawdzięczamy ponoć wyrobionemu gustowi jednego z członków zespołu, który jak wieść niesie, jest wielkim fanem piw typu Ale.

No i dochodzi także story, o straceńczej szarży brytyjskiej brygady kawalerii pod Balaclavą w 1854 roku. Motyw przewodni (czy też inspiracja) piosenki Iron Maiden pod tytułem Trooper.Iron Maiden Trooper

Trooper. Robinsons Brewery.

Piana: Bardzo drobna, biała, zanika w błyskawicznym tempie i właściwie nie osadza się na szkle.

Barwa:  Klarowne,  złote/jantarowe.

Zapach: Słodowy (odrobinę karmelu/palonego jęczmienia), trawa cytrynowa, a także trochę kukurydzy. Część profilu zapachowego przypomina ten z piw typu American Adjunct Lager, gdzie przedstawicielem gatunku jest jak np. Miller Genuine Draft.

Iron Maiden TrooperIron Maiden TrooperIron Maiden Trooper

Smak:   Zaraz na początku mamy znowu słodką kukurydzę i karmel, która w kilka sekund przechodzi w delikatną goryczkę, by na finiszu pozostawić dość przyjemne nawet, nuty trawy cytrynowej. Aftertaste jest „millerowaty”, trochę cierpki(cytryna…) i też przyjemny. Średnio wysycone (a to dość dziwne jak na piwo w tym stylu).Iron Maiden Trooper

Ogólna zajebistość aka pijalność: Piwo w swoim stylu, czyli Premium Bitter/ESB, gdzie emfaza położona została na jego pijalność. Jednak jak na ESB, goryczka powinna być bardziej obecna. W przypadku Troopera jest ona moim zdaniem za mało wyrazista, za bardzo przykryta słodem. Mam wrażenie, że zostało to podyktowane faktem, że piwko było robione z myślą na eksport we wszystkie strony świata, a tym samym miało trafić gusta Lagerboy’ów, którym nie straszna jest Warka albo Żubr przed koncertem. Lub ich zagraniczny odpowiednik.

Nie wiadomo czy żytni Litwin. Internetowi eksperci są podzieleni.

Na polskich podwórkach internetowych zwanych „forami” możemy znaleźć zaciekłe dysputy na temat czy piwo jest „żytnie”, lub czy tylko zawiera żyto, czy tez może wcale go nie ma. Importer tego piwa kiedyś pochwalił się, że Boiko to piwko żytnie, potem jednak zmienił zdanie i obecnie nawet nie umieszcza informacji o innym rodzaju słodu niż jęczmienny.IMAG0796 (Large)

Jeśli spróbujemy przepuścić stronę jednego z litewskich sklepów przez translator Google, używając strategii  „litewski -> angielski„, to wyjdzie nam,  oprócz zrozumiałego „barley malt” także „yeast malt„. Co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „słód drożdżowy”. Google w trybie „litewski -> polski” wariuje i nie wypluwa nic sensownego. Za to na stronie producenta, tą samą taktyką osiągamy informacje, że piwo jest „wzbogacone słodem żytnim”

Moje skromne doświadczenie w piwach żytnich / typu Roggenbier pozwala mi przypuszczać, iż rzeczywiście coś z tym żytem, może być na rzeczy ( ż,rz,ż,rz 😉 ) Mam tu na myśli ostrą nutę, która pochodzi najprawdopodobniej od drożdży, albo od żyta właśnie.  IMAG0797 (Large)

I. O. BOIKO

Piana: biała, średnio0pęcherzykowata. Obfita, ale raczej nietrwała, gdyż dość szybko opada do zera, nie pozostawiając nic na ściankach szkła.

Barwa: żółty, lekko zmętniały.

Zapach: Na początku przypalone mleko/ziemniaki oraz drożdże. Te ostatnie są tak intensywne, że najbliższe skojarzenie na określenie tego aromatu to „zatęchły”. Momentami jest też kwas izowalerianowy, czyli nasz ulubiony, pleśniowy serek.  Po dłuższej chwili mamy odrobinę banana.

IMAG0799 (Large)IMAG0805 (Large)IMAG0807 (Large)

Smak: Dość wodniste na początku.  Czuć bardzo duże wysycenie, po paru łykach piwko zaczyna się odbijać i to biorąc pod uwagę fakt, że szczególnie na początku przelewam piwo do szklanki tak aby móc ocenić pianę. Przy okazji piwo się odgazowuje, jednak nie w przypadku Boiko, który „odbija się” aż do „dna” butelki .

Da się wyczuć nuty kwaskowate i chlebowe. Boiko zostawia słodkawy, trochę ostry posmak (zapewne zasługa drożdży, dodatku słodu żytniego  oraz samego wysycenia). Im dłużej się je pije, tym staje się bardziej przyjemniejsze  – „podniebienie” przyzwyczaja się do ostrego posmaku, więc na przód mogą wysunąć się smaki i aromaty słodowe, co jest dla piwa korzystne.IMAG0811 (Large)

Ogólna zajebistość aka pijalność: Mam słabość do DUŻYCH butelek / puszek z piwem. Zawsze podobały mi się litrowe puszki piwa Faxe, a będąc w supermarkecie „muszę” pomacać 3-5 litrowe „puszeczki” z Lagerami. Nie inaczej jest w przypadku Bojko, gdzie litrowa butelka zamykana „zamkiem patentowym” wypada bardzo korzystnie.

To nie jest moje pierwsze Boiko. Uważam, że to piwo jest klasycznym przykładem, gdzie trunek traci na tym, iż jest niefiltrowany i niepasteryzowany.  Bojko to loteria, a to z tego względu, iż zanim to piwko ewentualnie dotrze do sklepu „specjalistycznego”  jest wystawiane na działanie niekorzystnych czynników dla piwa, takich jak światło i temperatura. I nikt się tym specjalnie nie przejmuje. A to i tak jest optymistyczny wariant, ponieważ piwko możemy także nabyć w Auchan / Real, gdzie „leżakuje” sobie na półce, aż do utraty terminu przydatności.

Pijcie zdrowotne piwo Grodziskie!

„Więc gdy te tak rozmaite piwa ponastawały, łowickie, gielniowskie, wąchockie piwa estymacją swoją straciły, wszedłszy w rząd piw pospolitych; grodziskie zaś słynęło coraz bardziej po Wielkiej Polszcze, tak iż szlachcic tam, który nie miał w swoim domu piwa grodziskiego, poczytany był za mizeraka albo za kutwę. Tej estymacji przyczynili mu wiele doktorowie, przyznając mu cnotę wód mineralnych. Jest to piwo cienkie i smakowite, głowy nie zawracające; doktorowie we wszystkich chorobach, w których zabraniają wszelkich trunków pacjentom, grodziskie piwo pić pozwalają, owszem w pewnych chorobach pić go każą.”Artezan Grodziskie

Tak o piwie Grodziskim pisał Jędrzej Kitowicz.  Także i ja darzę Grodzisza pewnym sentymentem. Związane jest to z tym, iż uważam, że Polacy bardzo niewiele wnieśli do tradycji piwowarstwa receptur unikalnych – takich otwierających drogę dla nowego stylu i znajdujących naśladowców w innych krajach i kulturach.  A Grodziskie właśnie, produkowane w Wielkopolsce prawdopodobnie od czasów średniowiecza to taki ewenement.  Gdyż eksperymenty z produkcją piwa grodziskiego podejmowane są przez małe browary w krajach Skandynawii, Czechach,  a poza Europą, także w Stanach Zjednoczonych Ameryki i Kanadzie.

I co typowe dla takich rzeczy w polskim wydaniu: na chwilę obecną w Grodzisku Wielkopolskim nie warzy się piwa. That’s right. Być może ulegnie to zmianie za pośrednictwem browaru Fortuna, jeśli dopisze mu *szczęście* i  zrealizuje plany reaktywacji browaru (2014 rok), ale oddechu bym z tego powodu nie wstrzymywał.

Plakat_-_piwo_grodziskie

Co jak co, ale gościu „zdrowotnie” jakoś mi nie wygląda 😉

Do tego czasu pozostaje popatrzeć i posmakować jak z odtworzeniem receptury Grodziskiego radzą sobie małe browary z Polski i zza granicy, a także piwowarzy domowi. A receptura – ta historyczna – jest nie byle jaka. Z tego co wiadomo o procesie, piwo Grodziskie warzone było prawie wyłącznie z użyciem słodu pszenicznego, wędzonego z użyciem drewna bukowego lub dębowego  oraz przyprawiane chmielem z lokalnych (wielkopolskich) plantacji. Fermentowało stosunkowo krótko w temperaturze od 15 do 20 stopni, po czym, przed rozlaniem do butelek klarowano je karukiem, wytwarzanym z pęcherzy pławnych ryb jesiotrowatych.  Jakby pracy przy produkcji  było mało, do butelek piwo rozlewano wraz z dodatkiem specjalnego szczepu drożdży charakterystycznym dla Grodziskiego, po czym butelki leżakowały przez około miesiąc, zanim trafiały do sprzedaży.

Oprócz butelki Grodziskiego od Artezanów, którą przywiozłem z festiwalu Birofilia 2013, na samym festiwalu udało mi się posmakować jeszcze dwóch innych Grodziszów od piwowarów domowych. Każdy z tych Grodziszów miał coś miłego do zaoferowania. A jeden z nich był leżakowany szczególnie długo, bo ponoć prawie trzy lata (zaskakujące jak na tak lekkie piwo). No ale do rzeczy.

Piwo Grodziskie. Artezan.

Piana: Dość obfita, śnieżnobiała, raczej drobna i nawet trwała. zostawia nieregularny kożuszek i ładnie osadza się na ściankach szklanki.

Barwa: Słomkowy, opalizujący / lekko zmętniony.

Artezan GrodziskieArtezan GrodziskieArtezan Grodziskie

Zapach: Rześki i przyjemny. Lekko drożdżowy i wędzony (węgiel drzewny).

Smak: Na początku niepozorny i wodnisty, po chwili kwaskowaty i lekko słodowy, by na finiszu zaatakować  goryczką wędzonego słodu, która po części zostaje w aftertaste, ale nie zalega. Generalnie wędzoność jest jedynie miłym dodatkiem, nie dominuje piwa w żaden sposób. Wysycenie średnie.Artezan Grodziskie

Ogólna pijalność aka zajebistość: Piwo lekkie i bardzo orzeźwiające, jednak nie pozbawione „pazurka” – smaku i aromatu otrzymanego dzięki zastosowaniu słodu dymionego. Piwko znika z kufla w zastraszającym tempie. Każdy łyk piwa woła o następny.  Śmiało można mu nadać miano „sesyjności”. Grodziskie mógł by być napojem, o którym marzy się wracając z pracy, w upalny dzień. Niestety nie jest trywialne w produkcji, wymaga więcej pracy niż niektóre inne piwa – co ma i będzie miało przełożenie na etykietę z ceną, którą zobaczymy na butelce. Jeśli jednak Artezani będą okazjonalnie ważyć Grodzisza, to na pewno będę do niego wracał.

Czego boi się prezydent Obama?

Wiele z etykiet piw Wychwood Brewery swój wygląd zawdzięcza inspiracjom w postaci mitów i legend, związanych z historycznym lasem WychWood w Wielkiej Brytanii.  Cały branding tego browaru rzemieślniczego zakotwiczony jest w klimacie fantasy. Jest wszystko: gadżety, koszulki, eventy, Puby, a nawet (tu z lekkim przekąsem) piwa!  Wisienkę na torcie tworzy strona internetowa, pełna animacji i dźwięków, niczym z komputerowej gry RPG. Niektóre z animacji są interaktywne i najeżdżając kursorem myszki na goblina śpiącego na gałęzi, bądź klikając w niego, możemy zobaczyć jak się budzi i wygraża nam ręką.

King GoblinKing GoblinKing Goblin

Nie jestem fanem takich fajerwerków i jako Web Developerowi bardzo ciężko jest mi się powstrzymać przed wypisywaniem uwag odnośnie działania witryny, to jednak muszę przyznać, że jest oryginalnie.  Dobry pomysł i to dobrze wyeksploatowany.

Sam Hobgoblin, jako receptura powstał w 1988 na zlecenie pewnego posiadacza ziemskiego, który wydawał swoją córkę za mąż.  Jednemu z założycieli browaru, który jednocześnie był odpowiedzialny za receptury, wyszło wtedy „piwo życia”. Niezwykle udane piwo stało się potem okrętem flagowym Wychwood Brewery, zyskując status piątego, najlepiej sprzedającego się butelkowanego Ale w Wielkiej Brytanii.  King Goblin

Przez lata wraz z piwem, klarował się także przekaz/marketing Wychwood Brewery. Głównym mottem czy też hasłem reklamowym piwa Hobgoblin (a nawet całego browaru) było hasło: „What’s the matter Lagerboy, afraid you might taste something?” co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „No i co, chłoptasiu od Lagerów – boisz się spróbować czegoś posiadającego smak?”. Później doszła wersja z okazji Halloween, przekorne:  „Afraid of the dark, Lagerboy?” („boisz się ciemności, lagerowy chłopcze?”).

Najlepsze jednak wynikło ze spotkania „grubych ryb” na szczycie G-20 w Toronto, w 2010 roku, gdzie premier UK, David Cameron oraz prezydent USA Barrack Obama, wymienili się butelkami piwek pochodzących z ich home towns. Cameron wręczył Obamie dwanaście butelek Hobgoblina. Obama miał oczywiście w zanadrzu jakiegoś sikacza. Popstrykały trochę flesze aparatów, po czym Obama stwierdził, że będzie degustował otrzymany podarunek schłodzony (czytaj: dużo niżej niż optymalne 15,5C dla Dark/Rich Ale). Na reakcję Wychwood Brewery oczywiście nie trzeba było długo czekać. Wkrótce potem w sklepie browaru  pojawiły się koszulki z napisem: „What’s the matter Obama, afraid you might taste something?”. Marketing z jajami.David_Cameron_and_Barack_Obama_at_the_G20_Summit_in_Toronto

Piwko, które opiszę, to właściwie mocniejsza i bardziej zróżnicowana pod względem aromatu odmiana Hobgoblina. Co ciekawe, Wychwood Brewery zarzeka się, że ta specyficzna odmiana, czyli King Goblin, warzona jest tylko podczas pełni księżyca 😉

King Goblin. Wychwood Brewery.

Piana: Lekko beżowa, po 3-4 minuta opada do 5mm kożuszka. Osadza się na ściankach szklanki.

Barwa: Miedziane, o dużej klarowności. Szczególnie korzystnie prezentuje się w pokalu/snifterze, gdzie wydaje się być ciemniejsze, miedziano-brązowe.

Zapach: Winny, lekko kwaskowaty aromat, troszeczkę bijący po nosie alkohol. Delikatnie owocowy(rodzynki i czereśnia, szczególnie uwydatniona w wyższej temperaturze) i ziołowy. Dodatkowo wyczuwalny aromat orzeszków koli. Co ciekawe, zarówno zapach i smak polepsza się, gdy piwo postoi  5 – 10 minut.

King GoblinKing GoblinKing Goblin

Smak: Raczej próżno szukać u Króla Goblinów słodyczy. No cóż, zewsząd wiadomo, że gobliny do przyjemniaczków nie należą 😉 Dopiero gdy przyzwyczaimy podniebienie do kwaskowatości oraz „zbożowej” goryczy, ujawni się nam trochę słodu.  Finisz goryczkowy, taki trochę ściągający, garbnikowy. Całkiem niezły aftertaste. Piwo jest stosunkowo nisko wysycone.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Zalecam degustację w raczej wysokiej dla piwa temperaturze, oscylującej wokół tej zalecanej dla ciężkich Ale. Mnie najlepiej smakowało w temperaturze 14 stopni. Piwko staje się wtedy bardzo pijalne, i o dziwo dość złożone jak na Ale, chociaż już nie tak orzeźwiające. Tym samym King Goblin ląduje w worku piw idealnych na zimowe wieczory. Na czas trzydziestostopniowych upałów, schowałbym go głęboko… w lesie WychWood.

Efekt ciupagi gwarantowany. Rysy.

Jedno z najlepszych schronisk w polskich górach jakie miałem przyjemność odwiedzić to schronisko PTTK Markowe Szczawiny. W dużym skrócie: miła obsługa, niezłe jedzenie, wygodne i dość tanie łóżka w pokojach wieloosobowych i przede wszystkim: jest czysto. Na dodatek, jakby tego było mało, z pryszniców leci ciepła woda!

Schronisko na Markowych Szczawinach to idealna baza wypadowa na Babia Górę, jak i okolicę. Tam też zaplanowaliśmy sobie nocleg, podczas ostatniej wyprawy, której celem było właśnie zdobycie Diablaka.

Muszę dodać, że w trakcie wędrówek po górach z zasady alkoholu piję mało, bądź nie piję go wcale. A i wyegzekwowanie od siebie tej zasady nie przychodzi mi jakoś ze szczególnym trudem.  Tak się bowiem składa, że asortyment piw w schroniskach jest jaki jest. Stąd i pokus brak.

Wybór piwa w Markowych Szczawinach był mimo wszystko całkiem niezły. Szybki rzut oka na lodówkę(O!  zapomniałem wcześniej napisać – w Markowych Szczawinach można kupić zimne piwo) i stało się jasne, że statystyczny żłopacz piwa znajdzie dla siebie swojego ulubionego Lagera. Była Tatra / Harnaś, Warka i Strong, Żywiec i Tyskie. I wariacje na ten temat.  Ale… to nie wszystko. Ponad to co wymieniłem było coś jeszcze. Były… Rysy.

RysyRysyRysy

Rysy to nazwa najwyższego w Polsce pagórka, 2499m n.p.m jeśli dobrze pamiętam jak i, jak się wtedy okazało – nazwa piwa. Tak więc gdy obserwowałem sobie co też czai się na mnie za szybą lodówki z piwem,  moim źrenicom ukazała się puszka z całkiem nieźle zaprojektowaną etykietą. Na etykiecie znajdował się także intrygujący napis: „Efekt ciupagi gwarantowany”. Ooo tak.  Zaciekawiony swoim odkryciem, zapytałem Panią ekspedientkę: „co to takiego?”. Okazało się, że „to jakaś nowość” i że „zdania są podzielone”.  Well… where do I sign in, please?

Piwko kosztowało całe 6,50 PLN  za puszeczkę, co jest nawet tanio jak na schronisko, gdzie za „piwo” często płaci się 8 PLN. Wielki plus dla schroniska, że do puszeczki dodawano „plastikowy kufel „,  co jest o wiele lepsze od obłapiania ustami „gwinta” czy oblizywanie kurzu z puszki, która przecież często stoi  jakiś czas na hurtowni / magazynie zanim trafi na swoją kolej „do lodówki”.

Tak oto wyposażony w plastikowe szkło, wziąłem się za degustację… stop!

Jeszcze raz: tak oto wyposażony w plastikowe szkło, rzuciłem wyzwanie „górze”,  rozpocząłem wspinaczkę na Rysy.

Rysy

Utarło się, że do wspaniałych i wyjątkowych miejsc wracamy. Dlatego też zdarza nam się wysypywać miedziaki z portfela do fontanny czy chwytać za kawałek odlewu przypominający humanoida na moście Karola w Pradze,  po to, by kiedyś tam wrócić. „Wyjątkowości” Rysom odmówić nie mogę. Następnego dnia, po opuszczeniu schroniska zakupiłem kolejną puszkę, aby móc jeszcze raz zdobyć Rysy… tym razem nie ruszając się specjalnie z fotela.

Rysy. Browar Jabłonowo.

Piana: Średnio  obfita, bardzo drobna, opada tworząc  cieniutki kożuszek

Barwa: Złoty, opalizujący.

RysyRysyRysy

Zapach:  Tu zaczyna się najlepsze. Zapach jest słodkawy, zgniły. Na pierwszym planie mamy miód, suszone figi. Bardziej odległe skojarzenia to Wrotycz Pospolity, kwas mrówkowy. W Markowych Szczawinach przez chwilę wydawało mi się, że czuje aromat pieszczotliwie określany w piwowarstwie jako „apteczny”.

Smak: Średnie wysycenie. Wodniste, słodkie, miodowe.  Aftertaste dość przyjemny, neutralny, odrobinę tylko goryczkowy. Poza tym goryczy jest jeszcze trochę na finiszu. Więcej niet. Sam alkohol (piwo ma 7,2%) jest „dobrze” ukryty, nie bije po nosie, ani szarpie za kubki smakowe. Wpływa to pozytywnie na pijalność tego wynalazku.

Ogólna zajebistość aka pijalność: Nawet pijalne, gdyby nie ta niedająca spokoju kompozycja zapachów. Z ciekawostek, w składzie piwa, pod nagłówkiem „składniki dodatkowe” widnieje E-300-Przeciwutleniacz. To chyba nazwa jakiejś witaminy.

Królewski koncerniak. Leffe Royale.

Wyedukowały nas reklamy, że piwo to napój, którego produkcja wymaga od browarnika wiedzy, cierpliwości i czasu. Nadmierne epatowanie określeniem „tradycyjny” w połączeniu z „receptura” zakotwiczyły w naszej głowie przeświadczenie że i rys historyczny również piwu raczej nie szkodzi.

Nie ma chyba myśli milszej dla wyobraźni piwosza, niż taki obrazek: grupa maniaków odcina się od świata, po to by dnie spędzać na modlitwie i… warzeniu piwa. How sweet.  Powstaje popyt, więc rodzi się i podaż. Stąd, tam gdzie jeszcze jacyś mnisi się uchowali, tam już dawno zapukały browary po licencję na używanie nazwy opactwa. Ile jednak można było znaleźć takich miejsc w XX i XXI wieku? Względnie niewiele.

Dlatego wkrótce rozpoczęły się poszukiwania ruin, o których wiadomo było, że wieki temu były to tereny klasztorne.  Zapewne też wychodziło to koncernom taniej, bo przecież ruiny nie żądają tantiem od używania jakiejś nazwy w celach marketingowych, w przeciwieństwie do obrotnych mnichów ;). Kiedy skończyły się i ruiny, zaczęto grzebać w kronikach, rocznikach i innych źródłach historycznych, w poszukiwaniu zapisków o istniejących w przeszłości opactwach. W efekcie piwa klasztorne ma nawet w swojej ofercie Heineken. Nie inaczej jest w przypadku Leffe, gdzie markę sygnuje potentat w postaci belgijsko-brazylijskiej kompanii piwowarskiej Anheuser–Busch InBev.

Leffe RoyaleLeffe RoyaleLeffe Royale

Sam klasztor, do którego historii nawiązuje piwo Leffe, był na przestrzeni wieków niszczony przez powódź, ogień, stacjonujące/walczące w okolicy klasztoru wojska, rewolucję francuską, a także pierwszą i drugą wojnę światową, gdzie kadzie do produkcji piwa były rekwirowane i przetapiane na armaty/amunicje do nich tychże.  Od czasu Rewolucji Francuskiej nie warzono w klasztorze piwa. Mnisi, którzy powrócili do klasztoru na początku dwudziestego wieku, by po pięćdziesięciu latach wpaść na pomysł sprzedaży licencji na produkcję piwa (sygnowanego nazwą klasztoru), małemu browarowi. A dalej było tak jak w piwnej bajce:  mały browar został wykupiony przez większy.

Obecnie wszystkie piwa marki Leffe produkowane są w browarze Stella Artois w Leuven.

Leffe Royale

Piana: Śnieżnobiała, dość obfita, średnio-pęcherzykowata piana. W miarę trwała, opadając osadza się na ściankach kufla. Potrzeba długiej chwili, by niestety niemal całkowicie zanikła.

Barwa: Klarowne złoto.

Zapach: Drożdże, słód i alkohol.  Na szczęście jest coś jeszcze, co często określane jest aromatem „przyprawowym”. Ten tutaj kojarzy mi się konkretnie z korzennym zapachem piernika / cynamonu, ale niestety to najbardziej ulotna część bukietu tego „królewskiego” Leffe.

Leffe RoyaleLeffe RoyaleLeffe Royale

Smak: Trochę nachalne, słodkie nuty alkoholowe, które szczególnie dominują aftertaste. Ten z kolei utrzymuje się dość długo, ale nie można o nim powiedzieć, że „zalega” na języku/podniebieniu. Niskie wysycenie. Oprócz słodu także nuty chlebowe (lekko przypalony tost). Lekka goryczka, ale kubki smakowe upierają się, że u jej źródła leżą drożdże, a nie chmiel (mimo, że piwo jest dość  klarowne i odfiltrowane z gęstwy drożdżowej, to całość nasuwa właśnie takie skojarzenia).

Ogólna zajebistość aka pijalność: Gdyby alkohol nie bił tak po nosie, i nie zostawał na podniebieniu, piwko byłoby nawet pijalne. Leffe Royale niczym mnie jednak nie urzekło, ani nie zachwyciło. Znacznie lepiej wypada braciszek(siostrzyczka?) Blonde, które zamiast „Strong” jest „Pale”.  Można śmiało odpuścić.

Piwo jopejskie. Gdański porter czy holenderski gruit?

Jakiś czas temu pisałem o Koperniku,  lawendowym posmaku zdrady i piwach typu Gruit – czyli takich, do których przyprawienia, zamiast chmielu używa się  mieszanek wszelakich ziół. Rzecz bardzo popularna w średniowieczu. Jeśli odwiedzimy polską odsłonę wikipedii, pod hasłem piwo jopejskie znajdziemy taki oto ustęp:

Piwo jopejskie (Jopenbier) (45-55° Blg lub według innych źródeł 19° Blg) – gdański specjał produkowany przynajmniej od 1449, de facto był to pożywny gęsty syrop piwny, który ówcześnie ceniony był za swoje właściwości lecznicze..

Uwagę zwraca zdanie otulone w nawiasy: „45-55° Blg lub 19° Blg”. Trzydzieści i więcej stopni Blg to kolosalna różnica. Starczyło by pewnie by „obdarować” niemal trzy, polskie lagery – „koncerniaki”. A więc czy to aby na pewno to samo piwo? Zagadka, albo odpowiedź na pytanie skąd taka duża różnica, pojawia sie po chwili poszukiwań, a raczej… wyszukiwań za pomocą Google. Co zabawne, magiczne 19 Blg okazuje się być „prawdziwe, dla danej wartości prawdy” , ale o tym za chwilę 😉

Na początek trochę o tym gdańskim Jopenbier. Źródła podają, że Gdańsk znany był w Europie miedzy innymi z produkcji piwa, w tym wyjątkowego Jopenbier. Przez wiele stuleci jedna z ulic w Gdańsku nosiła nazwę: Jopejska (Jopengasse), którą posługiwano się od 1449 roku. Jak to w średniowieczu bywało, ulice nazywały się często od cechów prowadzących działalność w danym miejscu. Można więc przypuszczać, że skoro już w 1449 gdańszczanie uznali, ze warto ochrzcić jedną z ulic taką nazwą, to znaczy to, że już wtedy było rozpoznawalne.

Jopenbier było piwem bardzo drogim (ze względu na skomplikowany proces produkcji) oraz bardzo specyficznym (bo nie służyło do bezpośredniego spożycia). Sam początek warzenia nie różnił się zbytnio od warzenia każdego innego piwa. Za wyjątkiem proporcji. Czasu i surowców. Do przyprawiania gdańskiego specyfiku używano cztery razy więcej chmielu, niż w przypadku „zwyczajnych” piw. Brzeczkę także gotowano znacznie dłużej.

Zamiast zwyczajowych 2-3 godzin, gotowano nawet do 20h, w celu maksymalnego jej zagęszczenia. Po ugotowaniu brzeczkę należało potem szybko schłodzić. Jedne źródła podają, że przez to piwo produkowane było w zimie, gdzie wystarczyło wystawić brzeczkę na mróz aby szybko ją schłodzić. Inni sugerują raczej użycie specjalnych, płaskich naczyń oraz wskazują na miesiąc lipiec jako okres początku fermentacji. Piwo fermentowało w specjalnych kadziach ze specjalnymi rynienkami, w specjalnych (powtarzam się) pomieszczeniach. Bywało, że budowano w tym celu… nie zgadniecie: specjalne drewniane szopy.

W trakcie procesu fermentacji, brzeczka, a także ściany pomieszczenia pokrywała się grubym kożuchem biało-zielonej pleśni. Sam proces fermentacji był bardzo burzliwy, ale dzięki wspomnianym wcześniej drewnianym rynienkom, ani kropla cennego płynu się nie marnowała. Po około 10 tygodniach Jopenbier był już odfermentowany do około 19 stopni Ballinga (a zawartość alkoholu mogła wynosić 13-19%). Po odfiltrowaniu, przelane do kilkunastolitrowych beczek piwo mogło jeszcze powoli fermentować przez rok, zachowując świeżość przez cały czas.

IMAG0621 (Large)IMAG0622 (Large)IMAG0624 (Large)

W wyniku tego skomplikowanego i pracochłonnego procesu powstawało ciemnobrązowe, gęste piwo. Bardzo słodkie i aromatyczne. Lubowali się w nim ponoć Anglicy, którzy dodawali go do sosów, a także używali do produkcji tytoni fajkowych. W Polsce był to dodatek do zup oraz lekarstwo na przeziębienie. Oczywiście używano go także „tradycyjnie” jak na piwo przystało, ale zazwyczaj było mieszane z innymi, mniej szlachetnymi warkami piwa, poprawiając ich pijalność.

Przy okazji poszukiwań informacji o naszym rodzimym, historycznym wynalazku poznałem jeszcze wiele anegdot i ciekawostek, między innymi:

W kontekście piwa Jopejskiego, na jednym z zachowanych kufli z 1593 napisano: Kto wychyli mnie tuzin razy, ten otrzyma odpust od św. Rajnolda (Reinoldus). Przyznacie, że brzmi całkiem nieźle. To był chyba pierwowzór programu lojalnościowego. Dodatkowo, wstawiennictwo Rajnolda to był znakomity ficzer w czasach, gdy sporo ludzi starało się poprzez takie sposoby, zapewnić sobie udane życie wieczne.

A także Quality Assurance, jeśli chodzi o piwo jopejskie, też było, niebylejakie. Mianowicie wieść niesie, ze zawartość pierwszego kufelka kolektywnie wylewano na ciężką drewnianą ławę, na której następnie siadali piwosze, by potem błyskawicznie wstać. Piwo było uznawane za dobre, jeśli ława unosiła się razem z nimi 😉

Dostrzegliście już zapewne, że piwo jopejskie okazało się bardzo wdzięcznym tematem do snucia opowieści, zanim jeszcze położyłem otwieracz na kapslu butelki. Czy wspominałem już, że jednym z producentem piwa jopejskiego był słynny siedemnastowieczny gdański astronom Jan Heweliusz? Polscy astronomowie widać mieli skłonność do wplątywania się w historie z piwem. Ten  i inne smaczki sprawiają, że wszędzie wyczuć można duże stężenie narrativum. Był Kopernik, jest i Heweliusz. Terry Pratchett zacmokał by z uznaniem.

Na temat Gdańskiego Jopenbiera napierdziałem juz dość. A co z tym „holenderskim”, zapytacie? Wiemy, że Jopenbier eksportowano nie tylko do Angli, ale też do Holandii, gdzie być może piwo było inspiracją dla jakiejś rodzimej produkcji. I tak też Jopenbier (który ma niewiele wspólnego z tym Gdańskim) trafił w moje ręce. Historia holenderskiej „odmiany” także zawiera kilka smaczków.

Na 750 rocznicę powstania miasta Haarlem, Harlemskie Stowarzyszenie Piwa postanowiło pogrzebać trochę w archiwach miejskich poszukując autentycznych przepisów, które mogłyby posłużyć jako baza dla uczczenia tej rocznicy. Znaleziono dwie receptury, z czego ta datowana na 1407 rok została bazą dla gruita, którego nazwano Jopen Koyt. Okolicznościowe piwko bardzo się udało i szybko stało się jasne, że pojawiła się nisza, którą należało wykorzystać.  Potem już potoczyło się dość standardowo jeśli o biznes piwny chodzi: kontraktowe warzenie w różnych browarach, a na końcu postawienie własnego.

Z Gdańskim Jopenbier, Koyta łączy magiczna liczba 19Blg (jeśli popatrzymy na to z przymrużeniem oka) oraz całkiem lojalna i oddana, jak na warunki późno-średniowieczne, klientela (nie inaczej – znowu „mrugamy” 😉 )

Dzisiejszy producent chwali się, że w średniowieczu ludzie okładali się cepami, morgensternami, mieczami, toporami and you name it, właśnie przez Koyta. Powstanie piwne (sic! prawie tak jak nasze Styczniowe albo Listopadowe!), które miało miejsce we Fryzji, (a które doprowadziło do unii Fryzji i Holandii), było bezpośrednim następstwem ogłoszenia przez stolicę regionu – Leeuwarden – mniej więcej czegoś takiego: „…od teraz będziemy sprzedawali własne piwo, a nie tego waszego Koyta z Haarlemu”.

W sumie się im nie dziwię. Za ewangelizacje dobrego piwa również byłbym wstanie pójść na barykady.

Czując, że mój tygodniowy limit „erudystycznych” wstawek powoli się wyczerpuje (Urban dictionary: cheesy; corny), myślę, ze najwyższy czas przelać Koyta z 1407 roku, do jakiejś ładnej szklanki.

IMAG0626 (Large)IMAG0628 (Large)IMAG0630 (Large)

Jopen Koyt

Piana: bujna, drobna, kremowa i trwała. Po 4-5 minutach opada do kilkumilimetrowego kożuszka. Osadza się też na brzega szklanki.

Barwa: Brąz. Piwko jest także na tyle klarowne, by mimo ciemnej barwy widać było bardzo drobne bąbelki.

Zapach: Aromat metaliczny i aromat alkoholu. Ten drugi stonowany, jednak żelazo na początku bije po nosie. Potem nieco ustępuje delikatnemu aromatowi palonych słodów.

Smak: Na początku lekkie nuty słodowe, ustępujące miejsca alkoholowi i przyprawom. W finishu taka „łodygowa” goryczka oraz alkohol i pieprz. Bardzo nietypowy, trawiasty aftertaste.  Herbofilom i fanom dzikiego gotowania, posmak skojarzyłby się pewnie przede wszystkim z Perzem Właściwym lub Koniczyną Łąkową.

Pijalność aka ogólna zajebistość: Mam wrażenie, że Koyt jest raczej interpretacją na temat przepisu wyszperanego w archiwach Harleemu, niż próbą jego odwzorowania. Zastanawia mnie dlaczego odfiltrowano tak bardzo to piwko, a także dyskusyjne wydaje mi się użycie słodów palonych. Czy to pod gust dzisiejszego konsumenta? Jeśli ktoś chciałby pospekulować ze mną na ten temat, lub ma jakieś dobre wyjaśnienie, to zapraszam do komentowania.

Rafipa. Sicut!

W pewien piękny, „premierowy” dzień wybrałem się do Piwnicy Zamkowej. Przy barze siedział już mój kolega Jędrzej, który na mój widok uśmiechnął się podejrzliwie. „I jak?” – zapytałem. „Zobaczysz” – Jędrzej wziął głębszy łyk, przewracając oczyma. Wredny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Tak więc kupiłem i… „zobaczyłem”. Wkrótce potem zawiązaliśmy nieformalną „Lożę Szyderców”. Może nie wszystkim to sie podobało, ale nie ma co, bawiliśmy się świetnie.IMAG0606 (Large)

Anyways, dzięki uprzejmości właściciela Piwnicy Zamkowej, miałem okazję poznać właściciela browaru Sachsenberg, Pana Jarosłava Raszyka. Przy okazji rozmowy z Panem Jarosłavem Raszykiem, (który okazał się być przemiłą osobą. Takim „typowym”, pozytywnie nastawionym do życia Czechem, z dystansem podchodzącym do tego co robi, czego niestety nam Polakom trochę brakuje) poznałem fantastyczną historią dotyczącą pozyskania przepisu i w ogóle uwarzenia tego piwka.

Otóż podobnie jak w powojennej Polsce, Czescy piloci broniący angielskiego wybrzeża podczas bitwy o Anglię, nie wrócili do swojego ojczystego kraju jako bohaterzy. Jednak gdy czerwony ustrój przeminął, słusznie się stało, że my i Czesi zaczęliśmy przypominać sobie o naszych wspaniałych pilotach.

A Ci z bohaterów, którzy mieli to szczęście dożyć sędziwego wieku, zaczęli nam opowiadać swoje historie. Okazało się, że Czesi oprócz chęci zrewanżowania się w powietrzu Niemcom, do Anglii zabrali także ze sobą kilka pasji, w tym także pasję do picia piwa. I warzenia piwa, oczywiście.

Do Piwa wiele szczęścia nie potrzeba. Wystarczy duży garnek, palnik i surowce, które są relatywnie tanie i dostępne. Oraz umiejętności oczywiście, które Czesi posiadali. Na styku dwóch kultur piwnych, czeskiej i angielskiej, pojawiały się siłą rzeczy „interpretacje” łączące obie te tradycje.

Rafipa jest właśnie takim wspomnieniem czeskich pilotów, którzy zapewne po raz pierwszy mieli okazję zetknięcia się z angielskim India Pale Ale, właśnie przy okazji pilotowania brytyjskich Hurricane.

Jednocześnie, tak jak powiedział mi Pan Jaroslav, wiele podyktowane zostało gustem konsumenta. Jakkolwiek Czesi mogą być nieco bardzie wyrobieni niż Polacy, jako przedsiębiorca zechcesz raczej uwarzyć piwo, które trafi w podniebienia kupującego. Nie inaczej powstała Rafipa – pod taki właśnie gust.

IMAG0607 (Large)IMAG0608 (Large)IMAG0609 (Large)

Sachsenberg RAF IPA.

Piana: Bardzo, bardzo bujna i raczej drobna. Trwała. Jasnobeżowa.

Barwa: Na początku miedziane, opalizujące, po zlaniu całej butelki, razem z osadem drożdży bardzo mętne, błotniste.

Zapach: Słodowy. Da się wyczuć zapach bananów, charakterystyczny przede wszystkim dla piw pszenicznych. Tutaj widać drożdże naprodukowały go wyjątkowo dużo. W zapachu czuć także, charakterystyczny dla chmielu Żateckiego aromat, korzenno-ziołowy, trochę ziemisty(ja nazywam go zatęchłym), przykryty niestety aromatami słodów oraz banana. W połączeniu, momentami jest bardzo owocowo. Proponuje na początku zlać tylko 1/4 do szklanki i chwilę poczekać – wtedy aromat chmielu jest łatwiej dostrzegalny. Pachnie lepiej niż wersja lana.

Smak: Zacznę od końca, od aftertaste. Gorycz jest intensywna, wręcz zalegająca, taka  jak po zjedzeniu skórki od grejpfruta.  Jest tylko delikatnie skontrowana słodowością, która z kolei przecież tak dominuje zapach. Słodowości, towarzyszy „ściągające uczucie”. Ciężko mi  to wytłumaczyć samym IBU (deklarowane 60, dla porównania Atak Chmielu ma 58), szczególnie, że piwo posiada „pełne” body. Sugestia może tkwić w „PLATO 17 OBJ °. ALK. 7,3%” i wydaje mi się, że piwo, aby osiągnąć te 17 stopni było ciut za długo wysładzane. Dlatego obecne w piwie garbniki potęgują te 60 IBU, a tym samym  odczuwalność chmielu jest spotęgowana. Hop-headzi będą zachwyceni. Piwo jest gęste, pełne i bardzo mocno wysycone. Dlatego też polecam raczej szklankę jak do Weizena, albo taką jaką wypuściła Pinta/można spotkać w angielskich Pubach,  także by lepiej odgazować piwo. Tzw. Snifter to raczej zły pomysł.

IMAG0611 (Large)IMAG0612 (Large)IMAG0614 (Large)

Pijalność aka ogólna zajebistość:  Piwko butelkowe okazało się lepsze w zapachu, a gorsze w smaku niż wersja beczkowa.”Idzie w głowę” i z pewnością jest jedyne w swoim rodzaju, w pełni zasługując na moją, odrobinę prześmiewczą nazwę gatunku: „Rafipa”. Rafipa, która przeciera szlak, dla ewentualnych followerów. Jeśli zapomnimy na chwilę o stylu piwa, jest ono całkiem pijalne, w szczególności, gdy w trakcie degustacji można poznać ciekawe osoby, do jakich niewątpliwie zalicza się właściciel browaru Sachsenberg, Pan Jaroslav.

Głównym problemem, oprócz nierówności piwa pomiędzy wersjami beczkową, a butelkową(a nawet pomiędzy butelka, a butelką. Otworzyłem trzy, każda miała inną zawartość. Oceniłem więc tą najbardziej podobną do wersji lanej 😉 ), jest nazewnictwo. Piwo ma z IPA niewiele wspólnego, i z pewnością nie powinno być ochrzczone w ten sposób. Bardziej, na etykiecie powinna znaleźć się adnotacja w stylu „It’s India Pale Ale. Just as Czech RAF pilots seen it”. Back in 1941, when they, with Polish friends, fought together to save United Kingdom.

Czarne nadzieje. Dziki Kruk kontra Zielone Paliwo.

Thornbridge Wild Raven oraz Brewfist Green Petrol

Brewfist Green Petrol oraz Thornbridge Wild Raven.

Tytuł odnosi się po części do kultowego już przedstawiciela gatunku Black IPA  (American Black Ale) jakim jest Black Hope z Ale Browaru. Pierwszy polski przedstawiciel gatunku szczególnie zapadł mi w pamięć, a to dlatego, że był bardzo udany. Moją nieskromną opinię podzielają także inni piwosze, którzy tak się złożyło – korzystają z Internetu 😉 Bowiem piwo Black Hope zostało nagrodzone laurem piwa roku w swojej kategorii, przez użytkowników portalu browar.biz.

Drugą konotacją jest dla mnie premiera Raf IPA od Sachsenberga, o której jak widzicie, bardzo cicho na moim blogu, mimo, że ekscytowałem się tą premierą co nie miara.  Spowodowane jest to tym, iż Pan Jaroslav Raszyk – właściciel browaru w rozmowie ze mną zasugerował mi, że piwo „potrzebuje jeszcze jakiegoś tygodnia”. Oczywiście miałem jednak okazję pić „Raf IPĘ” (jeszcze ze spacją, stay tuned 😉 ) prosto z beczki, a kilka dni temu z butelki, i… tak jak napisałem: w tytule niestety do tego nawiązuje.

Dobra, dygresje na bok: dzisiaj biorę na talerz dwóch nietuzinkowych przedstawicieli gatunku: Thronbridge Wild Raven (Wielka Brytania) oraz Brewfist Green Petrol  (Włochy). Dwie wariacje na temat mojego ukochanego India Pale Ale, tego ubranego w „czarną sukienkę” oczywiście 😉

Thornbridge Wild Raven

Piana: Bardzo drobna, beżowa, obfita. Opada powoli.

Barwa:  Miedziana czerń, przepuszczająca trochę światła (piwo raczej klarowne).

IMAG0595 (Large)IMAG0597 (Large)IMAG0598 (Large)

Zapach: Evergreen/sosna, nieco słodkiego, lekkiego aromatu alkoholu. Razem tworzą dość przyjemną, ale jednowymiarową kompozycję.

Smak: Ściągający, intensywny, ostry smak igieł / żywicy sosnowej. A także skojarzenia z gorzką czekoladą, szczególnie w aftertaste, który utrzymuje się jeszcze długo po zrobionym łyku. Evergreen pełną gębą.

Pijalność aka ogólna zajebistość: W odniesieniu do naszej Black Hope, to piwko jest zdecydowanie bardziej wyraziste, jednak wydaje mi się mniej od Black Hope złożone. Sosna niestety za dużo przykrywa. I jak bardzo lubię zdrapywać, a następnie żuć żywicę Sosny, którą łatwo znaleźć na ściętych balach leżących wzdłuż szlaków w górach, tak nie zarekomendowałbym tego piwa każdemu. Jeśli jednak zamierzeniem browarników było właśnie oddać aromat lasu sosnowego, to udało im się to w 101 procentach.

 

Brewfist Green Petrol

Piana: Drobna, ciemniejsza niż w przypadku Kruka. Nie da się też o niej powiedzieć o niej, że beżowa. Raczej brązowa, palony cukier. Piana jest intensywna, ale opada szybciej, niż ta „krucza”.

Barwa: Czarny i nieprzejrzysty.

IMAG0601 (Large)IMAG0602 (Large)IMAG0603 (Large)

Zapach:  Ziemisty, zatykający aromat ziół i alkoholu. Po trzecim-czwartym łyczku kubki smakowe się   przyzwyczajają (a może powinienem napisać: poddają się?) i już tak nie protestują. Aftertaste: tępy i alkoholowy. Ziemisty i raczej mało przyjemny. Po kapitulacji kubków smakowych czuć nawet trochę słodyczy palonych słodów jęczmiennych.

Pijalność aka ogólna zajebistość: Już chyba rozumiem czemu nazwano to piwo Green Petrol. Tak jak ropy naftowej, można się napić Green Petrola właściwie raz 😉

To tyle. Następny post już chyba o Sachsenbergu. Fanom IPA przypominam, że w ten weekend jest premiera urodzinowego Piwa Pinty i Ale Browaru: Weizen IPA.